RENOWACJE Z ARCHIWUM

Drugie urodziny. Krzesło orzechowo-miętowe

Dokładnie dwa lata temu postanowiłem pokazać swoje próby przywracania starych mebli do życia. Przez myśl mi wtedy nie przeszło, że z czasem pojawi się moja własna strona internetowa, wystawy z moim udziałem i – co najważniejsze – osoby, które uda mi się zainteresować tym, co robię. “Moim” miejscem był jedynie profil na Facebooku. Miał to być taki zbiór mojej dłubaniny, bez większych planów na przyszłość. Z okazji drugich urodzin Rzuć Pan Okiem postanowiłem pokazać Wam coś totalnie ekstremalnego, w co sam nie do końca wierzyłem. Byłem ciekaw, czy po tych dwóch latach uczenia się na błędach, dam radę pomóc kolejnemu rozsypującemu się meblowi…

Latem zeszłego roku, kiedy odwiedzałem jeden ze składów staroci w pobliskiej wsi, rzuciło mi się w oczy krzesełko, coś jakby medalion. Miało bardzo lekką formę, bez udziwnień, a jednak elegancką. Chciałem je kupić, ale przy dotknięciu prawie się rozpadło. Odpuściłem sobie, bo wtedy było to nie na moje możliwości. Miesiąc temu pojechałem na poszukiwania staroci w to samo miejsce i krzesełko jeszcze stało! Było przywalone stertą poskładanej w kostkę pościeli, ledwo można było je zauważyć. Pomyślałem sobie, że wezmę je mimo tragicznego stanu (najwięcej pożytku dałoby wrzucenie go do pieca lub kominka). Kosztowało 50zł, ale dostałem je “okazyjnie” za 35 🙂 Choć oglądałem je z bliska, nie spodziewałem się, co może kryć tak niepozorny i chwiejący się mebel.

Plan na krzesło był następujący: doprowadzić je do stanu używalności i móc na nim usiąść. Na tym etapie może wydawać się to oczywiste, ale sprawa nie była wcale taka prosta.

Zacząłem pracę. Demontaż trwał kilkanaście godzin. Okazało się, że przy krześle ktoś majstrował intensywniej niż mi się wydawało. W pierwszej kolejności zdjąłem tapicerkę. Pod wierzchnią warstwą kryła się bawełniana surówka, a pod nią forma siedziska z czegoś na kształt strugów i opiłków z drewna sosnowego. Każda warstwa była przybita sporą ilością gwoździ, konstrukcja miała mnóstwo śladów po starych ozdobnych ćwiekach. Wyglądała jak sito.

Wymiana tapicerki na kawałek różowego płótna i naszycie na nią okrągłej serwety to nic. To, że drewno było grubo pokryte lakierem, który się ściął to też nic. Okazało się, że każda część krzesła była “naprawiona” przez wbicie we wszystkie łączenia około 20 gwoździ długich na mniej więcej 8cm. Każda noga miała po 3 lub 4 takie wzmocnienia, dodatkowo od spodu przybito kawałek sosnowej deski. Gwoździe mocowały ją z przodu i z tyłu krzesła. Ich łebki (tak jak i pozostałych) były ucięte, a trzonki dobite tak, że licowały się z linią drewnianych elementów. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Wyciągałem jednak gwóźdź po gwoździu. Musiałem robić to pod określonym kątem, żeby jeszcze bardziej nie uszkodzić orzechowego drewna. Mimo moich starań, po rozłożeniu krzesła na części, miałem sporo odłamków, nie wspominając o tym, że trzy z ośmiu czopów prawie w ogóle nie istniały. Wszystkie odłamane fragmenty opisałem i posortowałem.

Kolejną rzeczą było pozbycie się starego lakieru. Udało mi się go zmyć denaturatem. Na drewnie dalej trzymała się stara powłoka, wyglądała jak bejca. Jej usunięcie zostawiłem sobie na później. Przyszła pora na klejenie. Każdy z odłamków, które wysypały się przy rozbieraniu krzesła trafił na swoje miejsce. Wszystkie pęknięcia i szczeliny również udało mi się zlikwidować. Cała operacja trwała trzy dni i było kilka fragmentów wielkości na przykład 3x3cm, które do złączenia potrzebowały pięciu, czy sześciu ścisków. Sklejone elementy wyczyściłem do gołego drewna. Użyłem w tym celu szlifierki z drobnym papierem ściernym. Ponieważ czyste elementy pełne były otworów po gwoździach i kilkumilimetrowych ubytków, musiałem je uzupełnić i wyretuszować szpachlówką, której kolor wcześniej przygotowałem mieszając kilka gotowych podstawowych odcieni. Trwało to kolejne dwa dni, ale po wyszlifowaniu części wyglądały niemal jak nowe.

Następną sprawą było złożenie krzesełka w całość. Wspomniałem wcześniej, że trzy czopy zostały prawie całkowicie zniszczone przez ogromną ilość wbitych w nie gwoździ. Bez nich mogłem przeznaczyć mebel na spalenie. Postanowiłem zaryzykować i podjąłem się kosmicznie trudnej i wymagającej precyzji operacji 🙂 Poszarpane pozostałości wyciąłem. Drewno na szczęście było twarde i mocne. Udało mi się dzięki temu zamocować w nim bukowe kołki o średnicy starych czopów, które idealnie pasowały do gniazda. Same kołki jednak nie wystarczyły, nie utrzymałyby ciężaru siedzącej na krześle osoby. W każdym gnieździe musiałem więc zrobić coś w rodzaju negatywu po to, by po wciśnięciu elementów z kołkami, połączenie pozostało sztywne. Nie byłem tego do końca pewien, raczej czarno widziałem efekty. Po próbnym dopasowaniu wszystkich części z dorobionymi nowymi ‘czopami’ okazało się, że konstrukcja jeszcze bez kleju jest bardzo stabilna i nie chwieje się. Do ostatecznego sklejenia całości użyłem specjalnego kleju do konstrukcji drewnianych. Jego cechą oprócz bardzo silnej spoiny jest to, że w trakcie wiązania zwiększa swoją objętość i wypełnia najmniejsze puste szczeliny i pory. Nie miałem tak dużych ścisków stolarskich, które objęłyby krzesło, ale poradziłem sobie pasami tapicerskimi i taśmami transportowymi 🙂 Kleiłem wszystko 3 dni. Cały czas myślałem o tym, czy moje autorskie garażowe połączenie elementów wytrzyma. W chwili kiedy klej wysechł położyłem na siedzisko kawałek płyty i usiadłem na nim. Konstrukcja ani drgnęła! W oryginale tył krzesła wzmocniony był nabitymi drewnianymi trójkątami. Ja postanowiłem zrobić nowe z grubszego kawałka drewna. Nie przybiłem ich, a przykleiłem i dodatkowo przykręciłem. Znalazłem w tym celu stare śruby, które dawno temu wykręciłem z krzesła thonetowskiego – niby szczegół, ale wpasowały się w całość 🙂

Krzesełko mogłem już wypolerować wełną stalową i zabejcować. Użyłem bejcy w kolorze ciemnego orzecha, która podkreśliła rysunek i strukturę drewna, a jednocześnie wyrównała przebarwienia i ukryła miejsca wcześniejszego retuszu. Zdecydowałem się na wykończenie woskiem. Po wypolerowaniu każdej kolejnej nakładanej warstwy, drewno nabierało coraz większego połysku, który uwydatnił formę krzesła i rozświetlił jej najciemniejsze miejsca.

Czas na tapicerkę. Na początku pracy jasne było dla mnie, że nowe siedzisko będzie wykonane z pianki poliuretanowej. Przy demontażu zostawiłem jednak to stare. Postanowiłem i tu zaryzykować i poświęcić trochę czasu. Stare drewniane strugi, którymi wypchane było siedzisko wyjąłem i… umyłem w gorącej wodzie tak, by usunąć z nich kurz. Mogłem zastąpić je trawą morską, ale coś mnie tknęło, żeby spróbować je wykorzystać jeszcze raz. Pachniały starym drewnem, podobnie jak pachną stare szafy. Suszenie trwało prawie tydzień, ale miałem oryginalne wypełnienie. Tworzenie nowego siedziska zacząłem od nabicia pasów i juty. Dopiero na nie położyłem odzyskane strugi, które uzupełniłem włóknem palmowym (część starego wypełnienia była drobno pokruszona, więc nie odzyskałem go w stu procentach). Całość przykryłem kolejną warstwą płótna workowego i obszyłem dokładnie w ten sam sposób jak było to zrobione w oryginale. Formę uzupełniłem później trawą morską i obiłem warstwą otuliny.

Wymyśliłem sobie, że tkanina na tapicerkę musi być elegancka jak całe krzesło, ale musi też mieć nietypowy i świeży jasny kolor, żeby mebel nie był zbyt poważny i nie zagracał pomieszczenia. Jasny materiał miał sprawić wrażenie, ze drewno jest nieco ciemniejsze, dzięki czemu wszelkie drobne niedoskonałości usuną się na drugi plan. Padło na miętowy plusz. Szukałem go ponad tydzień, ale znalazłem! Był dokładnie taki, o jakim myślałem. Do wykończenia jego krawędzi użyłem ozdobnych ćwieków w taśmie. Chciałem uzyskać efekt starych i pokrytych nalotem gwoździ, ale taśma prosto ze sklepu wyglądała bardzo sztucznie. Wytarłem ją więc wełną stalową, dzięki czemu każdy z gwoździ jest inny i sprawia wrażenie, jakby były one rzeczywiście stare.

Gotowe! Praca ekstremalna prawie tak jak ekstremalne było przywrócenie życia starej orzechowej witrynce, która była pierwszym meblem przeze mnie odnowionym. Wszystko pochłonęło 20 dni pracy i budżet ponad dziesięciokrotnie większy niż cena, za którą udało mi się kupić krzesełko. Efekt w każdym calu przerósł moje oczekiwania i wyobrażenia. Bezużyteczny grat stał się w pełni funkcjonalnym meblem. W wielu momentach musiałem ryzykować i stawać na rzęsach bez przekonania, że coś z tego będzie, ale było warto!

2 Comments

  • Reply
    Iza
    23 Grudzień 2014 at 14:50

    Nie do wiary, co zrobiłeś z resztek tego siedziska! Pamiętam prace nad nim i jestem pełna podziwu dla Twojego kunsztu.Wg mnie pasowałoby tu miodowe(żółto-złote)skórzane obicie.

    • Reply
      rzucpanokiem.pl
      30 Styczeń 2015 at 17:24

      Wtedy mogłoby się nazywać orzechowo-miodowe. Też dobre! Dzięki! Pozdrowienia 🙂

    Leave a Reply

    sixteen − six =

    error: