NOWY POST

Hałas raz, dwa, trzy!

O tym, że pośpiech to niezbyt dobry doradca przekonałem się już kilka razy. Zwykle, gdy chcę zrobić coś szybko, przeskoczyć jakiś wcześniej zaplanowany etap albo wtrącić nagle to i owo w uprzednio przygotowany plan przekonuję się, że nie zawsze warto, a pracę zaczynam od nowa. Tym razem – choć nie od początku – pośpiech musiałem potraktować jak kompana, uważając przy tym, by przypadkiem nie próbował podstawić mi nogi.

Zapraszam na post, którego bohatera odnowiłem specjalnie na finał wystawy „Dom Polski. Elementarz Dizajnu” inspirowanej książką pt. „Dom Polski. Meblościanka z pikasami” autorstwa Małgorzaty Czyńskiej, kuratorki tejże wystawy. Szczegóły na temat wydarzenia czekają na Was na końcu wpisu.

Rzecz może i nie byłaby dla mnie szczególnie emocjonująca, gdyby nie chodziło mebel-legendę mający stać się eksponatem. Moim zadaniem było odnowienie znanego wszystkim krzesła tapicerowanego typ 200-190 w taki sposób, by wyglądało jak wyjęte ze starej fotografii. Na realizację zadania przeznaczyłem naprawdę sporo czasu, bo aż dwa tygodnie. Może wydawać Wam się szaleństwem rezerwowanie sobie czternastu dni na odnowienie jednego drobnego krzesełka, ale dla mnie to zupełna norma. Możliwość oglądania obiektu z różnych stron i w różnym świetle po każdym kolejnym kroku, możliwość odstawienia go w oczekiwaniu na zadziałanie lub wyschnięcie różnych użytych specyfików, czy świadomość, że w razie potrzeby będzie kilka chwil na ewentualne poprawki są dla mnie bezcenne. Bardzo często zdarza się, że po całym dniu spędzonym w pracowni widzimy pewne rzeczy inaczej, niż kolejnego dnia rano na tak zwane „świeże oko”. Skierowanie wzroku na opracowywany obiekt po przerwie pozwala wyłapać naprawdę sporo rzeczy, ocenić choćby to czy kolory zostały zestawione odpowiednio, czy może się gryzą, czy tkanina układa się dobrze, czy fason elementów tapicerowanych nie jest przesadnie „pełen” lub zbyt oszczędny… Na to wszystko też potrzebny jest czas.

Bohater tego wpisu kilka lat spędził w kotłowni jednego z domów na wsi. Poza tym, że był trochę okopcony, nie miał oryginalnej tapicerki, a jego charakterystyczne oparcie przykręcone zostało po zmianie tkaniny do góry nogami za pomocą chamskich, długich i szerszych od oryginalnych wkrętów zupełnie nic mu nie było – idealny materiał do pracy.

Przyglądając się mojemu obiektowi, układałem sobie plan obejmujący szereg zadań niezbędnych do wykonania. Przyznam, że zanim zabrałem się za czyszczenie drewna, podjąłem nawet wstępne próby retuszu (podobnie jak z krzesłami z wpisu Typ 200-190), ale ubytki w lakierze i kolorze były na tyle duże i liczne, że taki sposób odratowania drewnianego szkieletu zupełnie nie wchodził w grę.

Jak to porozkładać?

Zacząłem od odkręcenia miękkich elementów. Demontaż zaplecka był kwestią wyjęcia czterech zupełnie współczesnych i – o zgrozo! – znacznie dłuższych niż oryginalne wkrętów. Że też nikomu nie wbiło się to w plecy… Siedzisko skrywało znany pewnie wielu z Was tajny system. Jaki? By je zdjąć, należało najpierw pozbyć się wkręta umieszczonego od spodu w przedniej łączynie. To jedyny wkręt utrzymujący siedzisko. Następnie należy pchnąć element do przodu – powinno przesunąć się o niecałe dwa centymetry. Jeżeli wykonanie takiego ruchu wydaje się niemożliwe, warto wesprzeć się gumowym młotkiem i stuknąć w tylną krawędź sklejki. Po przesunięciu wystarczy podnieść płytę – sprytne, prawda?

Starą tkaninę usunąłem po wyjęciu trzymających ją zszywek. Podnosiłem je za pomocą koziej nóżki i wyciągałem kombinerkami. By dostać się do zszywek tkwiących w oparciu, należało odpruć fragment materiału okrywającego tył zaplecka – wystarczyło w tym celu rozciąć szew i wyciągnąć dratwę. Nadające się do wymiany pianki oderwałem od sklejki, a trzymające się mocno resztki usunąłem drucianą szczotką.

Przed rozbiciem drewnianej konstrukcji zmyłem z niej sadzę. Całość trzymała się naprawdę nieźle, ale widziałem, że tu i ówdzie węzły są luźne, dlatego zdecydowałem się na ich rozłączenie. Tu rzecz także była naprawdę prosta – wystarczyło ostukać łączenia (pomógł mi w tym wspomniany już wyżej gumowy młotek), tak by czopy zaczęły wyskakiwać z gniazd.

Goleniowskie Fabryki Mebli

Dość przerażająco wyglądał spód siedziska, bo i tam warstwa sadzy była pokaźna. Zmiotłem ją wstępnie grubym gęstym pędzlem tak, by nie uszkodzić zachowanej niemal idealnie etykiety z Goleniowskich Fabryk Mebli. Co robić dalej? Nie chciałem uszkodzić metki, a konieczne było oczyszczenie sklejki. Wpadłem na pewien pomysł. Bardzo delikatnie starłem jeszcze trochę brudu bawełnianą szmatką, a luźne fragmenty papierowej etykiety podkleiłem. Po wyschnięciu kleju otoczyłem metkę papierową taśmą i posiłkując się piankowym wałkiem, pokryłem ją matowym bezbarwnym lakierem. Po co? Po wyschnięciu papier stał się nieco mocniejszy, mniej kruchy i odrobinę odporniejszy na wilgoć niż na surowo. Uważając, by nie uszkodzić wzmocnionej etykiety, umyłem sklejkę wodą, używając do tego gęstej miękkiej szczotki do polerowania butów. W ten sposób byłem w stanie usunąć brud z porowatej powierzchni. Po wyschnięciu sklejki okleiłem metkę, ale tym razem tak, żeby móc pokryć spodnią powierzchnię siedziska cieniutką warstwą lakierobejcy w kolorze bardzo zbliżonym do oryginalnego. Czysty spód odzyskał odrobinę dawnego wyglądu.

Przez moment myślałem o usunięciu ze spodu siedziska pieczątek i ręcznego napisu, ale uznałem te znaki za historię krzesła – przystanki w jego wieloletniej podróży.

Nagła zmiana planów

Ponieważ wiedziałem, że drewno po oczyszczeniu będę musiał wybarwić, czyli nieco je przyciemnić, wymyśliłem sposób – jak zwykle, drogą naokoło – dzięki któremu uniknę niespodzianek w postaci źle wyglądających rys i rysek powstałych w trakcie szlifowania. Na pewno wiecie, o co chodzi – kiedy po skończonym szlifowaniu przystąpimy do nakładania bejcy lub lakierobejcy, zdarza się, że na powierzchni drewna pojawiają się rysy albo szlaczki będące efektem pracy szlifierki bądź niekonsekwentnie prowadzonego papieru ściernego na kostce do ręcznego tarcia. Są to miejsca pominięte w czasie zmiany gradacji papieru na coraz drobniejszy.

Stary lakier rozpuściłem żelem do usuwania powłok, który pozostawiałem na elementach krzesła na pół godziny lub dłużej. Zdejmowałem go później szpachelką i watą stalową. Dzięki takiemu zabiegowi uniknąłem konieczności zetknięcia mebla ze stopą szlifierki z gruboziarnistym papierem, która przy długotrwałej pracy mającej na celu usunięcie lakieru może najzwyczajniej w świecie naruszyć linię mebla. Oczyszczone wstępnie żelem części przemyłem szybko wodą z szarym mydłem (z apteki!), wytarłem i pozostawiłem do całkowitego wyschnięcia.

W tym momencie mój przewidujący czas na wszystko plan uległ zmianie.

– Paweł, będą nowe ograniczenia, istnieje duża szansa, że zamkną nam galerię. Musimy zrobić montaż w piątek i nagrać wszystko do końca dnia. Zdążysz? – dzwoni Monika, producentka wystawy.

– Muszę. – odpowiedziałem bez namysłu.

– Jak nie zdążysz, to jakoś to ogramy, coś wymyślimy, więc się nie stresuj.

– Nie ma takiej możliwości. Hałas będzie gotowy na piątek.

Z dziesięciu dni, które miałem, zostały mi dwa. Na moment zrobiło mi się czarno przed oczami. Co robić?! Po paru chwilach wypisałem sobie wszystkie konieczne do zrealizowania zadania, podkreślając te, które zajmą mi najwięcej czasu, by móc pomyśleć o tym, jak mogę ten czas skrócić. Poza kwestiami związanymi z samą renowacją musiałem pamiętać o zostawieniu sobie rezerwy na ewentualne poprawki i o zrobieniu zdjęć (bez tego nie mógłbym Wam pokazać, co wyszło mi z tej renowacji). Zakładając, że najpóźniej w piątek rano zrobiłbym wspomniane zdjęcia, na skończenie krzesła miałem środę i czwartek. To dużo, nawet bardzo, tylko że według pierwotnego planu samo schnięcie lakieru zająć miało 3 razy po 24 godziny + 72 godziny na pełne utwardzenie po ostatniej warstwie. W tym czasie miałem zająć się tapicerowaniem. Kilka drobiazgów zamówionych przez internet było w drodze bez szans na szybszą dostawę… no to klops. Nie oddam przecież krzesła z lepkim jeszcze lakierem.

Zdradzę Wam już teraz (choć jesteśmy dopiero na etapie czyszczenia drewna), że krzesło zamierzałem wybarwić lakierobejcą. Dlaczego? Obawiałem się, że próby koloryzacji bejcą dadzą efekt zbyt agresywny, zbyt mocno podkreślą rysunek buka i zmienią charakter mebla, który pierwotnie wyglądał, jakby na szkielet nałożony miał filtr z mieszanki brązowych, pomarańczowych i czerwonych odcieni. Żeby upewnić się, czy dobrze myślę, zrobiłem nawet próbę z bejcą na jednym z elementów i rzeczywiście – efekt podkreślenia struktury był trochę za mocny, zupełnie nie chodziło mi o to, by aż tak wyostrzać to, co dzieje się na powierzchni drewna. Będąc nieświadomym tego, że czeka mnie zmiana planów i naprawdę ostre podkręcenie tempa, kupiłem w sklepie budowlanym lakierobejcę, wyglądającą na próbniku niemal identycznie z oryginalną powłoką na moim krześle. Wiedziałem, że uzyskanie satysfakcjonującego mnie koloru będzie możliwe dzięki nałożeniu kilku warstw preparatu schnącego 24 godziny/warstwa i (po nałożeniu tej ostatniej) potrzebującego trzech dni na pełne utwardzenie. Zrealizowanie tego założenia stało się zupełnie niemożliwe. O tym, co zrobiłem, napiszę za chwilę, a teraz…

…wracam do czyszczenia!

Z oczyszczonych żelem elementów musiałem usunąć drobne resztki lakieru i ustawić kolor stanowiący pozostałość po starym wykończeniu. Co to znaczy ustawić kolor? Drewno po opisywanym wcześniej rozpuszczaniu starych powłok miało na sobie cienkie warstwy dawnego koloru. Warstwy te były nierówne, miejscami intensywne, a gdzieniegdzie niemal całkowicie zanikające. Ponieważ zamierzałem pokolorować krzesło na odcień podobny do oryginalnego (a pierwotnie niemal taki sam, ech..), zupełnie nie przeszkadzała mi obecność wspomnianych barwnych resztek, ale przeszkadzała mi ich nierówność. Moje zadanie polegało na tym, by skupić się, wytężyć wzrok i próbować ujednolicić zabarwienie każdego z elementów.

Musiałem ostro przyspieszyć. Pracowałem równolegle dwiema szlifierkami z drobniutkim papierem ściernym 240 (to jedyna użyta przeze mnie gradacja). Jedna miała założoną sztywną stopę świetnie sprawdzającą się przy pracy z płaskimi powierzchniami, a druga miała stopę z pianki, która bardzo przydała mi się do czyszczenia zaokrągleń. Mogłem w ten sposób pracować bez strachu o to, że niepostrzeżenie spłaszczę tu i ówdzie oryginalną linię krzesła. Ponieważ, tak jak wspomniałem wcześniej, jedyny papier, którego używałem to ten o gradacji 240, nie obawiałem się powstania wyskakujących znienacka w czasie barwienia niedoskonałości i rys.

Po ponad sześciu godzinach pracy ze szlifierkami odkurzyłem elementy krzesła i przetarłem szmatką wilgotną od denaturatu.

Próba koloru

Czas na kolor. O wybranej wcześniej wymagającej czasu lakierobejcy musiałem zapomnieć. Szkoda, bo wiązałem z nią naprawdę spore nadzieje. Niemal natychmiast po otrzymaniu telefonu, że muszę zdążyć w dwa, a nie w dziesięć dni, wybrałem się do lokalnego sklepu budowlanego w poszukiwaniu czegoś, co umożliwi szybkie uzyskanie w miarę dobrego efektu na powierzchni drewna. W ręce wpadła mi szybkoschnąca lakierobejca w odcieniu „teak”, który od razu przykuł moją uwagę. Czas schnięcia? Trzy godziny. Biorę, nie ma na co czekać. Czułem stres, bo był to nowy dla mnie produkt, ale tylko on wyglądał na próbniku tak, że zdecydowałem się zaryzykować. Jeżeli w tym momencie coś wyjdzie nie tak albo preparat okaże się do niczego, będę miał kłopot.

Kamień spadł mi z serca, gdy zrobiłem próbę na jednym z elementów. Kolor, bym uznał go za idealny, musiałby mieć w sobie trochę więcej czerwieni, ale wierzcie mi – był naprawdę okej. Sama lakierobejca zaskoczyła mnie swoją dość rzadką jak na taki preparat konsystencją, ale też dość intensywnym kolorem widocznym na drewnie już po nałożeniu pierwszej warstwy. Uff! Nie będzie tak, jak planowałem, ale i tak zapowiada się nieźle. Na pierwszym zdjęciu z tych, które zobaczycie poniżej widać wspomniany próbny element z naniesioną jedną warstwą produktu. Na drugim warstwy są dwie, a ową część widać w zestawieniu z innymi – tylko raz pokrytymi fragmentami krzesła.

Aplikowanie lakierobejcy to wcale nie taka prosta sprawa. Jak to zrobić, żeby kolor był równy, a powierzchnie nie nosiły widocznych śladów pędzla? W moim przypadku sprawdza się malowanie cieniutkimi warstwami, nabierając minimalne ilości, rozprowadzane do momentu, gdy na pędzlu nie zostanie już zupełnie nic. Przy maksymalnym skupieniu naprawdę idzie to zrobić. Moim narzędziem był zwykły syntetyczny, gęsty okrągły pędzel kupiony za kilka złotych, a każdą nałożoną warstwę po porządnym wyschnięciu polerowałem delikatnie watą stalową.

Zwracajcie uwagę na to, że pokrywając drewno lakierobejcą, na jego krawędziach – tych przy czopach, może gromadzić się nadmiar preparatu i tworzyć ciemny kontur. Przed sklejeniem mebla warto poświęcić trochę czasu i zlikwidować te nagromadzenia drobnym papierem ściernym.

Cięcie i klejenie pianki

W czasie gdy pokryte kolejną warstwą lakierobejcy drewniane elementy krzesła wysychały, zająłem się przygotowaniem siedziska i oparcia. Przed przystąpieniem do obicia ich tkaniną, konieczne było przyklejenie nowych pianek.

Na zaplecek wybrałem piankę T25 o grubości dwudziestu milimetrów. Kształt sklejki odrysowałem pisakiem i wyciąłem ostrzem z nożyka do tapet. Uniwersalnym klejem kontaktowym posmarowałem krawędź/grubość pianki i maznąłem nim na środku wyciętego kształtu. Podobne maźnięcie zrobiłem też na sklejce, którą posmarowałem dodatkowo po obwodzie. Odczekałem kilka minut, aż klej odparuje. Piankę i sklejkę złączyłem ze sobą, dociskając na środku, a następnie stawiałem posmarowaną klejem grubość pianki na także posmarowanej nim po obwodzie sklejce. Uzyskałem w ten sposób równą wypukłą formę gotową do obicia.

Na siedzisku przykleiłem piankę T35 o grubości 35 milimetrów. Ta wartość może wydawać się zbyt wysoka, ale zrobiłem to celowo. W tym przypadku – inaczej niż przed chwilą, gdy zajmowałem się oparciem – do sklejki przytwierdziłem trochę większą od niej piankową formatkę, którą później obciąłem nożykiem równo z linią płyty. Górną krawędź pianki delikatnie ściąłem – zobaczycie to na ostatnim w tej części zdjęciu.

O tym, jak obiłem zaplecek

Na okrycie siedziska i zaplecka wybrałem grubo tkaną angielską mieszankę lnu i bawełny. Choć tkanina jest produkowana współcześnie, zauważyłem w niej coś z „tamtych” materiałów, którym zawsze z wielkim zaciekawieniem przyglądam się na przykład na warsztatach, gdy uczestnicy zdejmują z mebli stare oryginalne strzępy obić. Kilka tych najpiękniejszych dostałem nawet w prezencie – przydają się czasem jako wintidżowy próbnik pomagający w doborze tkanin „w klimacie”.

Moja tkanina charakteryzowała się także tym, że bardzo dobrze pracowała. Choć była gruba to świetnie i bez problemu układała się na charakterystycznych hałasowych kształtach.

Na rozgrzewkę obiłem zaplecek. Tutaj rzecz wygląda identycznie jak we wpisie z 2017 roku: na tkaninie odrysowałem sobie kształt i wyciąłem go z zapasem. Materiał przybiłem z tyłu w fabrycznie przygotowanym miejscu. Przybijanie tkaniny rozpocząłem od środka „łódeczki” i kierowałem się ku uniesionym nieco zaokrągleniom po prawej i lewej stronie. Pamiętajcie o tym, by zwracać uwagę na to, czy splot tkaniny lub geometryczny wzór (jeśli taki właśnie wybierzecie) zachował swój pion i poziom! Warto jest na początek wbijać zszywki (lub gwoździki) trochę rzadziej, łapać tkaninę w tych najbardziej potrzebnych miejscach – jeżeli coś pójdzie nie tak, łatwiej będzie wyciągnąć trzy lub pięć zszywek, by zacząć od nowa niż trzydzieści wbitych od razu jedna przy drugiej. Po obiciu przodu wyciąłem nadmiar tkaniny posiłkując się ostrym nożykiem prowadzonym tuż przy freziku biegnącym dookoła z tyłu sklejkowej formatki.

Kawałek płótna przeznaczony na tył zaplecka ułożyłem i przypiąłem tymczasowo zszywkami. Pozwalała mi na to struktura materiału, ale gdyby istniało ryzyko pozaciągania, użyłbym cieniutkich szpilek krawieckich. Upięcie, o którym piszę, powodowało unieruchomienie tkaniny ułatwiając jej przyszycie ściegiem krytym. Po zakończeniu szycia (korzystałem z cienkiej lnianej dratwy) ostrożnie wyjąłem zszywki i już!

Prosty sposób na siedzisko

Tak, tak – wiem, że wielu z Was wizja zrobienia siedziska w sposób, o którym napiszę za chwilkę, spędza sen z powiek, ale wierzcie mi, to naprawdę nic trudnego!

W wersji „przed” siedzisko okrywał jeden kawałek tkaniny. Ja postanowiłem zrobić tapicerkę z bodnem, czyli boczkiem i wypustką – wałeczkiem nazywanym bizą, kedrą lub kiedrą. Co było mi potrzebne? Dwa kawałki materiału: pierwszy nieco większy niż powierzchnia siedziska i drugi w formie paska (u mnie długości 135 i szerokości 9 centymetrów). Fragment na wierzch ułożyłem na piance przytwierdzonej do sklejki i za pomocą szpilek unieruchomiłem. Pasek zszyłem tak, żeby stworzyć opaskę i po jednej stronie wszyłem, korzystając z maszyny tworzywowy wałeczek (po prostu – zaginając materiał). Wybrana przeze mnie tkanina była tak gruba, że szycie w ten sposób nie było w ogóle widoczne – nić zupełnie zginęła w puszystości płótna. Opaskę z wszytym po jednej stronie wałeczkiem naciągnąłem na siedzisko i układałem ją tak, by wymodelować w miarę płynnie biegnącą linię (tu też wspomagałem się szpilkami). Upięte bodno przyszyłem ręcznie bardzo gęstym ściegiem krytym.

Po przyszyciu bodna musiałem jeszcze naciągnąć tkaninę i przybić ją zaczynając od wklęsłego miejsca (czyli pierwsze wbicia pojawiły się z przodu i z tyłu siedziska). Tu znaczenie miała wysokość przyklejonej wcześniej pianki. Naciągnięcie tkaniny powodowało delikatne obniżenie „ścianki bocznej” siedziska, ale dzięki zastosowanej grubości wypełnienia miała ona szansę zaistnieć. Pamiętam, że retuszując parę „Hałasów” w 2017 roku bardzo wnikliwie analizowałem te wartości, badając zdobyty okazyjnie zestaw z roku 1974 z naprawdę nieźle zachowanym oryginalnym fasonem, który służył mi za wzór. Jeżeli próbowaliście szyć tapicerkę w takim kształcie, jaki właśnie opisuję, być może zauważyliście, że zbyt cienka pianka potrafi niekiedy zginąć po naciągnięciu bodna. Grubość siedziska staje się cienka, otaczająca je biza jest zbyt blisko jego dolnej krawędzi.

Podobnie jak podczas obijania zaplecka, przytwierdzałem tkaninę rzadko – tylko w tych miejscach, które konieczne były do uzyskania pożądanej linii. Później, gdy widziałem, że wszystko jest okej, zagęściłem zszywki.

Jeszcze tylko montaż

Ze sklejeniem konstrukcji nie było problemu. Być może zauważyliście, że kiedy pokazuję tu proces pracy nad meblem, którego nigdy wcześniej nie odnawiałem, zawsze bardzo precyzyjnie opisuję czopy i gniazda, po to, by na etapie klejenia poskładać wszystko dokładnie tak, jak było na początku. Krzesło typ 200-190 jestem w stanie złożyć bez takich pomocy, nawet wybudzony z głębokiego snu w samym środku nocy – poważnie!

Pamiętajcie o tym, by przed sklejeniem mebla upewnić się, że usunęliście resztki starego kleju. Może się wydawać, że to przecież nic, bo nie wlewamy nowego kleju nie wiadomo ile, ale wierzcie, że ma to znaczenie. Klej – ile by go nie było – musi się gdzieś zmieścić, w gniazdach zostało przewidziane dla niego trochę przestrzeni. Jeśli w trakcie klejenia jest ona zajęta, nowy klej próbując się gdzieś upakować, może spowodować utrudnienie w spasowaniu części.

Nieco trudniejszym zadaniem okazało się przykręcenie siedziska i zaplecka. Dlaczego? Jak to? Przecież demontaż poszedł tak gładko! Owszem, samo przykręcenie to żadna robota. Problem tkwił w tym, że krzesło nie miało oryginalnych wkrętów. Wszystkie stare wkręty zbliżone wyglądem i wymiarami do tych, które w moim hałasie zastąpiono nowymi, zebrałem w jednym miejscu i zacząłem wielkie próbowanie. Siedzisko przykręciłem wkrętem, który odpowiadał temu oryginalnemu średnicą i długością, ale miał płaski, a nie wypukły łeb. Element ten wpuszczony był na tyle głęboko w przekrój łączyny, w której wywiercono otwór, że stał się zupełnie niewidoczny. Trochę gorzej było z zapleckiem. Dwa z kolekcji moich starych wkrętów pochodziły ze wzoru 200-190. Jeden był krótszy (czyli górny), a drugi dłuższy (dolny). Zdecydowałem, że wykorzystam te dwa oryginalne elementy do złączenia zaplecka z drewnianym szkieletem po skosie, tj. górny wkręt umiejscowiłem po lewej stronie, a dolny po prawej zyskując w ten sposób w miarę dobrze trzymający się zaplecek. Pozostałe dwa brakujące wkręty udało mi się znaleźć wśród tych, które dawno temu wyjąłem ze starych gięciaków. Były odrobinę krótsze od oryginalnych i odrobinę szersze, ale wkręciłem je bez problemu i wyglądało na to, że – jak to mówią – załapały. Ich wypukłe łby z nacięciem na płaski wkrętak w zestawianiu z oryginalną hałasową parą stały się niemal nie do odróżnienia. Jak na zadanie zrealizowane na szybko jestem bardzo zadowolony. Gdybym dysponował czasem, na pewno poszukałbym okuć na aukcjach w sieci, ale tym razem zupełnie o tym nie myślałem – skręcanie mebla odbyło się na kilka minut przed jego sfotografowaniem.

Pamiętajcie o tym, by nie przykręcać zatapicerowanych elementów na siłę, bo bardzo łatwo zniszczyć w ten sposób tkaninę nakręcając włókna na próbujący przebić ją wkręt. Jak tego uniknąć? Przygotowałem sobie cztery długie tapicerskie szpilki, którymi przypiąłem zaplecek do drewnianej konstrukcji krzesła wsadzając je w wywiercone w sklejce zasłonięte tkaniną otwory. Długość szpilek pozwoliła mi następnie odrobinę odsunąć bądź odchylić oparcie i zaznaczyć pisakiem na materiale te miejsca, w których wypadało wbicie. Po zdjęciu oparcia, w zaznaczonych miejscach rozprowadziłem odrobinę bezbarwnego lakieru (zrobiłem cztery nieduże kropki), które po wyschnięciu umożliwiły zrobienie nacięć bez obaw, że tkanina będzie się strzępić. Tak przygotowany element był gotowy do bezproblemowego montażu na gotowo, czyli z wykorzystaniem opisanych wyżej wkrętów.

Gotowe!

Krzesło profesora Hałasa pojawiło się na blogu już po raz trzeci. Zwróćcie uwagę na to, że każdy z wpisów na jego temat jest inny: pierwszy, z 2017 roku pokazuje parę poddaną retuszowi i wymianie obicia, drugi, z roku 2018 to hałas cały w czerni – eksponat na wystawę 10 Top of Polish Design, którego obicie na potrzeby przedsięwzięcia wykonałem z cienkiej skóry. Wpis, do którego końca właśnie się zbliżamy, pokazuje jeszcze inny wariant realizacji poszczególnych etapów pracy takich jak czyszczenie i wykańczanie drewna oraz szycie tapicerki.

Przyznam, że ta kosztująca mnie trochę stresu i dwie spędzone w pracowni nieprzespane noce realizacja pokazała mi możliwości związane z – niekiedy koniecznym – błyskawicznym działaniem. Planując podobne przedsięwzięcia, chyba nigdy nie odważyłbym się zarezerwować jedynie dwóch dni na przeprowadzenie całego procesu. Tym razem nie miałem wyjścia i musiałem jakoś wybrnąć.

Jesteście ciekawi wystawy, o której pisałem na samym początku? Chcielibyście ją odwiedzić i zobaczyć bohatera tego wpisu w otoczeniu innych eksponatów? Nic prostszego! Wystarczy, że klikniecie w umieszczony poniżej plakat. Wirtualny wernisaż odbędzie się już 19 listopada. W ramach wydarzenia czeka na Was sporo okołodizajnerskich atrakcji!

P.

3 Comments

  • Reply
    Marzena
    17 Listopad 2020 at 19:49

    Pawle, jestem pod ogromnym wrażeniem zarówno tego, odnowionego mebla, jak i Twojego bloga. Znalazłam Cię jakieś trzy miesiące temu i sukcesywnie czytam wszystkie bieżące wpisy i cofam się w czasie nadrabiając poprzednie. Jest to dla mnie wielka przyjemność, bo czyta się te techniczne opisy 🙂 jak dobry romans.
    Sama też trochę naprawiam meble i od czasu do czasu tapiceruję i naprawdę podziwiam efekty i staranność z jaką pracujesz. I podobnie jak Ty lubię dawać sobie czas.
    Czekam na kolejne wpisy i pozdrawiam ciepło.

    • Reply
      rzucpanokiem.pl
      17 Listopad 2020 at 23:28

      Dziękuję za takie miłe słowa! Jestem ciekaw, czy w miarę zagłębiania się w archiwum, zauważysz różnice w sposobie opisywania i pokazywania procesów związanych z odnawianiem mebli. Ten blog to zapis mojej drogi od pierwszych, często zupełnie nieświadomych kroków nie tylko w pracy ze starociami. Życzę dobrej zabawy i pozdrawiam 😉 P.

      • Reply
        Marzena
        18 Listopad 2020 at 06:43

        Pisząc komentarz powyżej, miałam taką refleksję, że cofanie się, to raczej nie jest standardowy proces i teoretycznie powinnam zacząć od pierwszego wpisu, posuwając się w czasie. Ale z drugiej strony, to może być ciekawe, gdy patrząc na czyjąś pracę z uznaniem i lekkim westchnieniem “też bym tak chciała”, dociera się do miejsca, w którym się okazuje, że i ta osoba miała dylematy, robiła poprawki, czy też nie do końca była zadowolona. Co więcej nagle nabierasz wewnętrznego przekonania, że w tym wszystkim najważniejszy jest fan, to zaciekawienie gdy rozbierając stary mebel odkrywasz jego historię. A po jakimś czasie z olbrzymim zdumieniem stwierdzasz, że niejako przy okazji nabyłaś pewne umiejętności i zupełnie niechcący wybierasz korzystniejsze rozwiązania, albo “bezwiednie” unikasz starych błędów. Te doświadczenia wywołują u mnie jeszcze większą ciekawość Twojego bloga. Już na te chwilę mogę Ci powiedzieć, że widzę różnicę choćby w fotografowaniu. Czyli nie tylko meblowo, ale rozwijasz się też blogowo 🙂 .

    Leave a Reply

    12 + eight =

    error: