RENOWACJE

Tron w zupełnie starym stylu

Odnawianie staroci daje możliwość modyfikowania ich wyglądu. Wybarwienia drewna, podkreślanie go lub całkowite ukrywanie pod warstwami kolorów, dobór obicia, zastępowanie gładkich tkanin wzorami to niezła kopalnia ciekawych połączeń. Takie wizualne eksperymenty najlepiej według mnie znoszą meble od początku produkowane w wielu wariantach tj. na przykład legendarny 366, lisek, zajączek czy hałas 200-190.  Istnieje też wiele modeli doskonale czujących się w oryginalnym wydaniu, bez radykalnych zmian. Tak właśnie było z moim dębowym (prawdopodobnie pamiętającym secesję) tronem. Wiedziałem od razu, że nic nie podkreśli jego ciężkiej i dostojnej formy lepiej niż materiały i kolory najbardziej zbliżone do tych sprzed dziesiątek lat.

Tron nie był zniszczony, ale do granic możliwości zużyty. Jego konstrukcja była bardzo stabilna, a w drewnie znalazłem dwa niewielkie ubytki. Po starej politurze miejscami nie zostało nic, a z wytartej i dziurawej tkaniny sypał się kurz. Wiecie, że jej oryginalna barwa to intensywna zieleń? Zobaczycie ją na jednym ze zdjęć poniżej. Zauważyłem to w czasie demontażu na zagiętych do wewnątrz kawałkach.

Materiał z siedziska i oparcia powędrował do śmieci razem z tekturami, starymi pasami, sznurkami i kruszącym się wypełnieniem z trawy morskiej. Zachowałem jedynie sprężyny, które wystarczyło wyczyścić, by nadawały się do ponownego wykorzystania. Walczyłem też przez jakiś czas z ozdobnymi ćwiekami, próbując je odzyskać. Niestety, kilka z nich się połamało i musiałem zrezygnować z tego pomysłu. Były nabite dość rzadko, więc strata czterech lub pięciu sztuk stanowiła problem, szczególnie w sytuacji, gdy nie do znalezienia w sklepach okazał się ich wzór. Trudno.

Czyszczenie drewna rozwiązałem dość sprytnie i szybko. Napisałem już, że stare powłoki były w większości powycierane. Postanowiłem wyszorować szkielet intensywnym środkiem do odplamiania parkietów. Pomyślałem, że przy tak twardym drewnie nie powinno się nic stać i po dwóch myciach było po sprawie (wylałem dwa wiadra czarnej wody). Oczywiście po wyschnięciu wyszlifowałem całość drobnym papierem na szlifierce (proste elementy) i ręcznie (zakamarki i wzór na oparciu).

Korzystając z czasu, w którym umyte drewno wysychało, przygotowałem siedzisko. Z tego starego została mi rama, na którą nabiłem nowe jutowe pasy. Przyszyłem do nich sprężyny (od dołu), do czego wykorzystałem lnianą dratwę i igłę. Od góry sprężyny wymagały powiązania sznurem konopnym tak, jak w oryginale. Zanim uformowałem ostateczny kształt siedziska z trawy morskiej (możecie ją dostać na kilogramy w dobrych sklepach z artykułami do renowacji mebli), położyłem na ramkę ze sprężynami warstwę juty. W pierwotnej wersji na trawie, czyli bezpośrednio pod tkaniną były cieniutkie włókna przypominające trochę końskie włosie – zastąpiłem je owatą, na którą przybiłem (do boków ramki!) nowy materiał. Ponieważ użyty przeze mnie plusz bardzo się strzępił (a siedzisko można wkładać i wyjmować narażając go na zniszczenie), wykorzystałem coś, co widziałem przy wielu krzesłach z podobnymi siedziskami. Krawędź tkaniny zasłoniłem plecioną taśmą całkowicie ukrytą w wysokości „gniazda” w fotelu.

Zdecydowałem, że drewno wykończę po staremu. Ze względu na to, że dąb był w wielu miejscach wypłowiały, na samym początku wtarłem w niego odrobinę bejcy na bazie oleju i terpentyny. Po jej wyschnięciu cały szkielet dostał grubą warstwę pokostu lnianego, którą pił przez całą noc. Nadmiar, który został na powierzchni wytarłem miękką szmatką i zostawiłem całość do wyschnięcia. Dzięki takiemu zabiegowi dodatkowo podbiłem i pogłębiłem barwę i rysunek drewna. Chciałem, by finalna powłoka była nieco szlachetniejsza od lakieru, więc przygotowałem sobie politurę z szelaku i alkoholu. Nie chciałem jednak tworzyć idealnie lustrzanej powierzchni, więc nie wypełniałem dębowych porów. Pierwszą warstwę politury nałożyłem pędzlem, a kolejne ponad dziesięć (czyli w porównaniu do osiemnastowiecznych ebenistów prawie nic) tamponami. Przed kolejnymi warstwami matowiłem powierzchnię bardzo drobnym papierem ściernym.

Zapomniałem o brakującej części! Zastanawiałem się w jaki sposób mogła ona wypaść (brakowało listwy łączącej dwie przednie nogi), skoro żaden inny element nie był luźny. Być może na tron próbowało wspiąć się dziecko i potraktowało łączynkę jako drabinę, która pękła na pół i wyleciała? Nie wiem. Szybko wymierzyłem jaki kawałek drewna będzie mi potrzebny i pobiegłem do stolarza. Ze względu na to, że konstrukcja była niesamowicie sztywna i zwarta, musiałem pomyśleć w jaki sposób osadzę nowy fragment. Okazało się, że przednie nogi można delikatnie odgiąć w dwie strony, na tyle, by przy odrobinie kombinatoryki wkleić łączynę. Na końcach kantówki, którą najpierw musiałem wykończyć dokładnie tak samo jak cały tron, wystrugałem dwa czopy pasujące do oryginalnych gniazd. Nie były zbyt długie, żeby listewka mogła wskoczyć na swoje miejsce, a chwilowo rozparta konstrukcja nie trzasnęła w najmniej oczekiwanym momencie. Trochę kleju do drewna, chwila na bezdechu i… Udało się!

Po wyschnięciu politury musiałem zrobić jeszcze mocowane na stałe oparcie. Bałem się, że poobijam świeżo wykończone drewno, więc położyłem mebel na arkuszu pianki tapicerskiej. Ten etap nie wymagał zbyt wielkich nakładów pracy, ale musiałem się starać, żeby estetycznie upchnąć i wykończyć ćwiekami wszystkie warstwy, czyli: tkaninę obiciową (na tył), jutę, trawę morską, płótno bawełniane, owatę i znów tkaninę – ten palmowozielony plusz eksponował KAŻDĄ niedoskonałość pod spodem! – której krawędzie zawijałem pod owatę, żeby się nie odznaczały. Ozdobne ćwieki przytrzymujące materiał nabijałem tak, by mieć kontrolę nad naprężeniem całego jego kawałka, tj. po przeciwnych stronach, na krzyż, góra-dół, prawo-lewo, od środka do brzegów. W ten sposób tkaninę dość szybko unieruchomiłem i zostało mi zagęszczanie gwoździ.

Koniec! Tron wygląda jak nowy. Stare drewno odżyło. Jego głęboki kolor i podkreślony dębowy rysunek widoczny pod warstwą połyskującej politury robi wrażenie! Mam nadzieję, że z czasem nabierze też nieco patyny, która dodatkowo je uszlachetni. W siedzisku udało mi się zachować oryginalne sprężyny, a kolor nowej tkaniny obiciowej jest maksymalnie zbliżony do oryginalnego. Zdecydowanie nie jest to mebel, w którym można zapadać się wieczorami czytając książki. Fotel wymusza siedzenie w bardzo wyprostowanej i eleganckiej pozycji. Być może dawniej był szczytowym krzesłem stołu, przy którym odbywały się wystawne uczty i bale do białego rana?

Paweł

2 Comments

  • Reply
    Ania L
    3 stycznia 2017 at 16:31

    Super :) a ta taśma na brzegu siedziska jaki materiał dokładnie? Pozdrawiam !

    • Reply
      rzucpanokiem.pl
      4 stycznia 2017 at 12:49

      Ania, to zwykła poliestrowa tkana wstążka szeroka na 2 albo 3cm. Jest śliska, dzięki czemu siedzisko bez problemu wskoczyło na swoje miejsce. Pozdrawiam :-)

    Leave a Reply