Malowana sekretera

Paweł Machomet

Premiera tego wpisu odbyła się 12 lipca 2017 roku. Siedem lat później w toku generalnych prac technicznych i – o zgrozo! – utraty części archiwum, materiał zniknął z bloga. Dziś z największą przyjemnością prezentuję i zwracam Państwu jeden z najbardziej przez Państwa ulubionych – choć tym razem w nieco odrestaurowanej tekstowo i wizualnie formie – postów: „Malowana Sekretera”. 

Zapraszam do lektury.

 ***

Sekreterę będącą bohaterką tego wpisu, kupiłem kiedyś za czterysta złotych na lokalnym targu staroci. Zakupu oczywiście nie planowałem – tak wyszło. Właściwie to tak wychodzi najczęściej. Cóż począć? Bardzo spodobała mi się jej forma, obłe szuflady, dekoracyjne kluczynki i wiekowe niszczejące drewno łączone starymi stolarskimi węzłami. Niepozwalającą przejść obok mebla obojętnie kwestię stanowiło i to, że nie można było dostać się do jego górnej części, bo kluczyk do tejże zaginął. 

W skrócie bliskim telegraficznego: gruntowna renowacja bohaterki tegoż wpisu była w czasie, w którym nabyłem ją i poświęciłem jej nieco uwagi nie na moje warsztatowe możliwości i wyjątkowo wtedy napięty grafik. Przypuszczam, że chcąc podjąć się całkowitego remontu sekretery, ta stałaby do dziś wciśnięta w kąt pracowni tak samo, jak w pracownianych kątach stoją inne meble, czekające w niektórych przypadkach już niemal dekadę na to, aż wskrzeszę je w należyty sposób. Chcąc – mimo wszystko – wstawić sekreterę do domu, wpadłem na pomysł obejmujący jej stylizację, niebędącą zmianą na tyle ostateczną, bym do prawdziwej renowacji podejść w przyszłości nie mógł.

Co, jeśli w środku jest skarb?

Czułem, że sekretna nadstawka nie mniej sekretnej sekretery nie jest jedynie pudłem z uchylanymi drzwiczkami. Po wyłamaniu — niestety — fragmentu drewna z jej blatu, w którym utkwił trzpień niedającego się otworzyć zamka i który to obszar w blacie już wcześniej ktoś próbował nacinać piłą, by dostać się do wnętrza (to na usprawiedliwienie mojego czynu — ja tylko dokończyłem), okazało się, że miałem rację. Diamentów wewnątrz nie znalazłem, ale że nie było tam niespodzianki, też powiedzieć nie mogę. Wnętrze korpusu podzielono dwiema pionowymi przegrodami na trzy kwaterki. Dwie z nich – prawą i lewą – na pół podzieliły niewielkie półeczki, zaś środkowa wyposażona została w szufladkę z dekoracyjnym czołem. Proszę mi wierzyć (wrócę jeszcze do tłumaczenia się) – naprawdę bardzo nie chciałem kaleczyć blatu. Wcześniejsze bezowocne próby otwarcia zamka po bożemu zabrały mi ponad tydzień, wyczerpując i tak niewielkie pokłady mej cierpliwości. Wyrywając kawałek drewna, czułem się nieco rozgrzeszony za sprawą wspomnianych przed momentem podejmowanych z najwyższą starannością prób polubownego rozwiązania problemu. Drzwiczki otworzyłem, szkodę naprawiłem.

Sposobem na kiedy indziej

Powierzchnie sekretery wykończone były czymś w rodzaju mazerunku, czyli imitacji rysunku drewna namalowanej po to, by wytworzyć iluzję szlachetniejszego niż materiał, z którego wytworzono mebel gatunku. Wspomnę, bo chyba jeszcze nie wspomniałem, że moja zdobycz nadawała się do gruntownej renowacji – takiej, która obejmowałaby nawet odtwarzanie niektórych elementów. Szkoda, że nie pomyślałem o tym przed zakupem. Nie miałbym problemu, a i cztery stówki byłyby w portfelu. (żart)

Chcąc doprowadzić mebel do stanu używalności, nie tracąc przy tym fortuny, ani spędzonych w pracowni miesięcy, postanowiłem podejść do rzeczy w nieco inny, oderwany od klasycznej renowacji sposób. Sposób, który – wedle moich wyobrażeń z 2017 roku, czyli z czasów, gdy „Malowana Sekretera” pojawiła się premierowo na blogu – miał umożliwić mi przeprowadzenie pełnej renowacji, gdy najdzie mnie na to ochota, czyli kiedy indziej. 

Po ośmiu latach od premiery „Malowanej Sekretery” mogę Państwu zdradzić, że ta ochota nawet mnie czasami nachodziła, ale nigdy skutecznie nie naszła, zaś mebel wpisał się we wnętrze domu tak, że nie myślę nawet o jego ewentualnych modyfikacjach.

Przed rozpoczęciem działania właściwego (tak to nazwijmy), całą sekreterę bardzo dokładnie nasączyłem preparatem biobójczym, by wyeliminować toczące drewno owady i zapobiec pojawieniu się ich w przyszłości. Powierzchnie mebla pokryłem „z pędzla”, by na dwa tygodnie pozostawić całość w ogromnym foliowym worku. Przy tak długim czasie oczekiwania, warto sprawdzać, czy nie dzieje się nic złego, ot, choćby czy nigdzie nie pojawiła się pleśń. Po dwóch tygodniach ustawiłem mebel w przewiewnym miejscu, by całkowicie wysechł, dając przy tym ulecieć charakterystycznemu zapachowi konserwantu.

Mydło wszystko umyje!

Do umycia i odtłuszczenia sekretery użyłem preparatu, którym za pomocą szczotki bardzo dokładnie wyszorowałem wszystkie jej powierzchnie. Gdyby zechcieli Państwo wyczyścić swój mebel nie mniej skutecznie, ale nie wydawać stówki na środki specjalne lub – jak to się teraz pięknie mówi: dedykowane – mogą Państwo wykorzystać ciepłą wodę z prawdziwym szarym mydłem – to jeden z moich pracownianych must have’ów bijący na głowę szereg kosztownych wynalazków. Pamiętać należy, że takie mycie mebli nie jest rozwiązaniem dobrym, gdy na warsztat weźmiemy forniry lub chłonące jak gąbka płyty drewnopochodne. Czyszczenie zabrudzeń na mokro stosuję jedynie wtedy, gdy do czynienia mam z litymi elementami o sporych przekrojach i kiedy jestem w stanie szybko osuszyć umyte drewno. Wracając do sekretery: usunięcie brudu z drewna dało natychmiastowe efekty. Czyste powierzchnie momentalnie zaczęły zachwycać swoją strukturą i powstałymi na przestrzeni lat ubytkami, przebarwieniami i przetarciami. Być może szybciej oczyściłbym mebel, uruchamiając szlifierkę – całkiem niewykluczone. Na pewno usunąłbym wtedy wszystkie wartościowe wizualne niuanse, stanowiące o wieku bohaterki, na których zachowaniu tak bardzo mi zależało.

Diabeł niezmiennie w szczegółach, czyli patent na odpryski 

Choć jeszcze nie położyłem koloru ani wosku, ba – nie wymieszałem nawet farby, pamiętałem o tym, żeby zadbać o kilka drobiazgów. Zachowałem wspomniany wyżej mazerunek wraz z pokrywającymi go resztkami dawnego wykończenia. Był on w naturalny i unikatowy sposób spękany, powycierany oraz spatynowany, stanowiąc przez to pierwszorzędną bazę do dalszych etapów pracy. Największe widoczne na oryginalnych powłokach otarcia i odpryski pokryłem bezbarwnym woskiem, nakładając go niedużymi pędzlami artystycznymi. Po co? Za chwilę wszystko będzie jasne!

Żeby było nie za ładnie

Poszukując inspiracji, a może bardziej wzoru, wedle którego mógłbym wystylizować mebel, obejrzałem sporą ilość prawdziwie starych obiektów wystawionych na portalach włoskich i francuskich domów aukcyjnych. Wiele z nich wykończono barwnymi powłokami, które w toku długiego użytkowania zdążyły się pięknie zniszczyć i spatynować. Uwagę zwróciłem na orzechową dziewiętnastowieczną szafkę pokrytą kilkoma warstwami ciemnej, prawie czarnej farby. Rozsiane na niej mniejsze i większe odpryski pozwalały zauważyć prześwitujące gdzieniegdzie drewno. To jest to! – pomyślałem.

Do pomalowania zewnętrznych powierzchni sekretery wybrałem atramentowoniebieski odcień farby kredowej, której trzy warstwy położyłem pędzlem prowadzonym energicznymi ruchami kierowanymi w różne strony. Moim celem było wytworzenie efektu malatury, jaki zauważyć można na meblach odmalowywanych raz na jakiś czas przez kogoś, kto nie miał na to zbyt wiele czasu, a i wyczucia i drygu do podobnych zajęć mniej lub tyle samo. Niektórzy mówią na coś takiego, że wygląda rustykalnie. Niech więc będzie, że sposobem nakładania farby pragnąłem nadać sekreterze nieco rustykalnego wyglądu.

Edytując ten tekst po ośmiu latach od jego publikacji, wtrącę Państwu – z największą przyjemnością – jeden tip, a może po prostu wskazówkę. Otóż wielokrotnie pytany jestem o grunt: „panie Pawle, a skąd wziąć grunt i jaki, żeby pomalować drewno przed nałożeniem pierwszej warstwy farby?”. To bardzo proste: zagruntować powierzchnię wystarczy… pierwszą warstwą farby. W malowaniu „kredówkami” będzie ona nieco przezroczysta, co zobaczą Państwo i na moich zdjęciach, jednak każda kolejna warstwa (czasem nawet jedna) pokrywać będzie mebel, tworząc pełną, jednolitą powłokę. Można więc, choć nie trzeba wydawać pieniędzy na produkty specjalne.

Farba stworzyła zachwycająco matową (jak to farba kredowa) jednolitą powłokę, którą w kolejnym kroku musiałem nieco naruszyć, żeby uzyskać zaplanowany efekt. Wspomniałem wcześniej, że niektóre miejsca jeszcze przed malowaniem pokryłem bezbarwnym woskiem. Dzięki temu, że przyjął on farbę, ale uniemożliwił jej „czepienie się” drewna, wystarczyło przetrzeć woskowane miejsca szmatką, by kolor dosłownie ześlizgnął się z nich, odsłaniając oryginalnie powstałe stare odpryski. Sprytne, prawda? Oprócz tego, by nadać sekreterze nieco bardziej zaawansowanego vintage looku, wytarłem farbę w miejscach, gdzie byłaby ona narażona na największe zniszczenie, gdyby rzeczywiście pokryto nią sekretarzyk sto lat temu i oddano w użytkowanie. Narzędziem, które umożliwiło mi wykonanie tego zadania, był kawałek mokrego bawełnianego płótna.

Przetarte warstwy farby wymagały utwardzenia i pobrudzenia – wizualnego osadzenia w klimacie, czyli tak zwanego spatynowania. Po co? Czysta barwa podana na starej formie razem z odpryskami i wytarciami nie wyglądałaby autentycznie, dając sygnały, że coś tu nie gra. Podobny zabieg przeprowadziłem podczas stylizowania szafki nocnej z wpisu „Lato”. Do spatynowania sekretery wykorzystałem brązowy wosk w paście, który aplikowałem pędzlem, wcierając i wycierając go następnie szmatką. W miejsca takie jak ramkowania nadstawki czy zagłębienia detali wciskałem nieco więcej wosku, stwarzając po zdjęciu jego nadmiaru efekt nagromadzonego przez dekady zalegającego nalotu. To naprawdę przyjemna i wcale nie taka brudna robota!

Gotowe!

P.

Dziękuję za przeczytanie mojego materiału.

Jeśli ten wpis spodobał Ci się wyjątkowo lub pomógł rozwiać Twoje okołomeblowe wątpliwości,
możesz postawić mi kawę. Będzie mi bardzo miło!