Blog

TRZECIE URODZINY. SZAFKA, KTÓREJ MIAŁO NIE BYĆ

Ponad dwa lata temu, gdy pojechałem na wieś do swoich znajomych, miałem okazję odwiedzić jeden z tamtejszych poniemieckich domów z czerwonej cegły. Przygotowywano go na sprzedaż, a właściwie opróżniano. Miały zostać tylko puste ściany i gołe drewniane podłogi. Pośród kilku połamanych krzeseł i szafek z płyty poupychanych przy wejściu i czekających na wywiezienie , zauważyłem zgrabną toaletkę z lustrem, którą pozwolono mi zabrać. Dzień wcześniej, kiedy jeszcze o niej nie wiedziałem, została rozebrana na części, a właściciel próbował ją spalić. Ponoć w trakcie rozpalania ogniska zerwał się taki wiatr, że nic z tego nie wyszło. Chyba na mnie czekała.

Forma toaletki bardzo mi się spodobała, ale był to chyba jedyny na ową chwilę plus tego mebla. Skrzynia zbudowana z klejonki w okleinie miała pełno przebarwień po jakichś mokrych plamach, pęknięcia, ubytki, obicia… Była stabilna (czyli mam drugi plus), ale strasznie śmierdziała wilgocią. Odkręciłem więc ciężkie składane lustro i w dwóch częściach odstawiłem swoje znalezisko „na kiedy indziej” do piwnicy.

Całkiem niedawno zacząłem intensywnie przeglądać internetowe aukcje w poszukiwaniu czegoś w rodzaju komody na nóżkach, najlepiej z połowy ubiegłego wieku. Bardzo podobają mi się teakowe meble duńskie, ale są strasznie drogie, nawet te do renowacji. Postanowiłem poczekać na okazję. W tym samym czasie kupiłem niespodziewanie dwa fotele 366, które zaniosłem do piwnicy, gdzie – zapomniałem o tym – czekał na mnie tak poszukiwany staroć!

Dwa lata spędzone w suchym i ciepłym miejscu spowodowały,że drewno porządnie wyschło i cały nieprzyjemny zapach znikł. Mimo nieciekawego stanu, zdecydowałem się spróbować. Postanowiłem na razie nie ruszać lustra (nie będzie mi potrzebne) i zająć się samą szeroką na 120 i wysoką na 60 centymetrów szafką.

Miałem przed sobą tyle pracy, że sam nie wiedziałem od czego zacząć. Na całe szczęście odszedł mi w tym wszystkim stres związany z „a co, jak komuś zepsuję mebel?”, bo to miała być rzecz dla mnie, więc najwyżej „jak zepsuję, to będę miał brzydkie” 🙂 Na dobry początek odkręciłem drzwiczki, tylne sklejki stoczone przez owady do granic możliwości i uchwyty, które niestety,  nie były kompletne (a szkoda!). Zanim zacząłem zrywać stary lakier, postanowiłem porządnie wyszorować powierzchnię drewna wodą z szarym mydłem. W porach zgromadziło się mnóstwo brudu, który tym prostym sposobem w znacznej ilości usunąłem. We wspomnianym zrywaniu lakieru pomogły mi noże stolarskie i ręczne cykliny. Może się wydawać, że przechodziłem przez męki, ale praca szła sprawnie. Miałem pod ręką szlifierkę, która może i byłaby szybsza na tym etapie, ale pamiętałem że działam na cienkiej okleinie, nie chciałem przedobrzyć. Po wyczyszczeniu szafki zabrałem się za wypełnianie ubytków masą szpachlową. Naprawy wymagały głównie kanty i narożniki. Coś mnie podkusiło, żeby wyschniętą szpachlówkę wyrównywać później szlifierką – chciałem przy okazji równo wygładzić wszystkie powierzchnie. Drgania elektronarzędzia oczywiście wykruszyły to, co tak misternie uzupełniałem. Brawo! Właśnie do tego zmierzałem. Ubytki wypełniłem kolejny raz, ale tym razem nadmiar masy zeszlifowałem ręcznie papierem o gradacji 600. Skleiłem jeszcze tylko luźne szuflady i miałem mebel gotowy do wykańczania.

Wyobraziłem sobie czystą i równą powierzchnię drewna zakonserwowaną naturalnie, starzejącą się, reagującą na otoczenie. Pomyślałem o olejowaniu. Zaopatrzyłem się w specjalny olej do mebli i zabrałem się do roboty. Już w trakcie pracy widziałem, że o to mi chodziło. Nie przewidziałem tylko jednego szczegółu. Olej oprócz pięknego rysunku drewna wyciągnął przy okazji wszystkie głębokie plamy. Kaplica. Przypomniałem sobie historię z próbą spalenia tej toaletki i pomyślałem, że może rzeczywiście miało jej nie być, a ja na siłę ciągnę ją na jasną stronę mocy. Z drugiej strony dużo pracy było już za mną, głupio by wyszło, gdybym to zostawił. Szybko wpadłem na pomysł, by ciemną bejcą na bazie oleju przetrzeć kilka razy całość i zniwelować kontrasty. Strzał w dziesiątkę. Odszedłem od oryginalnej barwy, ale uzyskałem równy głęboki kolor. Tylko czym ja to teraz zabezpieczę?! Nie chciałem patrzeć na opakowanie z olejem, przekreśliłem też politurę (jej położenie wymaga pracy i precyzji, a ja chyba trochę straciłem wiarę, że to mi się uda). Okazało się, że jest bardzo proste wyjście – lakier do drewna oleistego. Bez zapachu, bezbarwny, szybkoschnący, satynowy. To zdecydowanie było to! Odetchnąłem z ulgą.

Stary taśmowy zawias umyłem w kilka chwil octem i wełną stalową, przymocowałem go nowymi wkrętami. Brzozowe sklejki z tyłu zastąpiłem nowymi – przybiłem je mosiężnymi gwoździkami. Niekompletne uchwyty zastąpiłem nowymi – starymi, które znalazłem na aukcji w internecie, też z mosiądzu.  Oryginalne szybki do środkowej części wystarczyło umyć. Miałem problem z dopasowaniem szuflad, ponieważ tylko w określonej kolejności chodzą gładko po drewnianych prowadnicach (podpisałem je na wszelki wypadek po ustaleniu dobrej kombinacji).

Uff! Renowację uważam za zakończoną. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Mebel zmienił trochę swój charakter, ale wygląda lepiej niż przypuszczałem. Nareszcie będę miał miejsce do przechowywania drobiazgów, których gromadzę coraz więcej. Przeszklona półka sprawdzi się jako wystawa moich ceramicznych znalezisk, a szafka po lewej to całkiem dobry materiał na barek 🙂

Mission complete!

Dziękuję za przeczytanie mojego materiału.

Jeśli ten wpis spodobał Ci się wyjątkowo, zainspirował Cię lub pomógł rozwiązać Twój meblowy problem, możesz postawić mi kawę. Wesprzesz w ten sposób moją wieloletnią pracę - będzie mi niezmiernie miło!

Postaw mi kawę na buycoffee.to
Zacznij pisać, aby zobaczyć produkty, których szukasz.