Nici z wielkiej fety, czyli dziesiąte urodziny bloga

Czy można trzy razy w ciągu roku zmienić rzeczywistość, w której się żyje? Można. Jeśli trzy razy obróci się swoje tak zwane „wszystko” o 180 stopni, to okazuje się, że wykonało się obrót nie o 360 a o 540 stopni – czy tak się da? Chcąc to narysować za pomocą cyrkla i tak wychodzi 180). Dziesiąty rok toczenia się (to moim zdaniem trafne określenie) pod szyldem Rzuć Pan Okiem i – jak się okazało – nie tylko pod nim, był naprawdę nienormalny. Nie oszukujmy się, tu powinno być wyrażenie nieco inne, ale nie wiem, czy za to blokują, czy nie. Limit ryzykowania w ostatnich dwunastu miesiącach przekroczyłem znacznie, więc niech zostanie tak, jak jest. 

Moi Mili i Miłe! Niemili i Niemiłe też! (Was również kocham!), Rzuć Pan Okiem kończy dziś dziesięć lat. Zastanawiałem się, co dziwnego wymyślę z tej okazji, ale na szczęście nie trwało to długo, bo scenariusz napisał się sam!

Zapraszam na post!

pierwsze 180 
Otwieram sklep!

Mój dziewiąty blogowy rok przeszedł do historii mocnym uderzeniem w postaci otwarcia własnego sklepu internetowego. Ależ to była zabawa, gdy swoje pierwsze kroki na tej ścieżce stawiałem, nie mając pojęcia, z czym to się je! Pakowanie, drukowanie, wysyłanie, paragony, faktury, towar, dostawy stanowiące dla mnie dotąd czarną magię, wprowadziły mnie w całkowicie nową rzeczywistość… Na szczęście, okazało się, że wszystko jest dla ludzi i nawet komuś tak atechnicznemu, jak ja udało się to ogarnąć. Prawie. Najważniejsze, że dużo załapałem i że mam ku temu chęci. Mniejsza o to. Już wtedy, pakując Wasze pierwsze zamówienia, zacząłem myśleć, co zrobię za rok. W końcu „dziesięć lat” brzmi dumnie. Macie jakieś pomysły?

Impreza. Wielka. W knajpie albo lepiej – w hotelu. Setka gości, zabawa do rana. Wiecie: tańce, jedzenie, muzyka na żywo. Zacząłem nawet odkładać kasę i sprawdzać ciekawe miejscówki. Albo nie. Mam lepszy pomysł. Napiszę książkę, a na dziesiąte urodziny będzie premiera i wielkie spotkanie… Myślicie, że nie dałem rady? O ludzie! Napisałem ją. Jest gotowa od marca. No może prawie gotowa, bo nie jestem zdecydowany na to, jak podać ją graficznie, czy wszystkie zdjęcia są okej i czy w miarę lekko się czyta przynajmniej w jakiejś części… Ponieważ jej wydawcą – jeśli do wydania dojdzie – będę ja i mój brat, uznałem, że mogę sobie tak decydować do momentu, w którym uznam, że sam do siebie nie mam uwag. Na profesjonalnego grafika mnie raczej nie stać, więc wszystko powolutku zrobię sam. Bądź co bądź, książka na dziesiąte urodziny odpada, bo mamy pierwszy grudnia, blog skończył dziesięć lat, a ja ciągle jestem niezdecydowany. No cóż.

Kombinowałem też tak: a gdyby przesunąć urodziny z grudnia na czerwiec i zrobić wielki bal w plenerze na mojej mini farmie z lasem? Ognisko, spanie pod namiotami albo w altanach… W czasie od marca do czerwca naprawdę sporo tam zrobiłem. Ogrodziłem wszystko oprócz lasu, w którym posadziłem paprocie. Zadbałem o warzywnik, zamykając go piękną zieloną furtką, postawiłem trzy spore inspekty, zasadziłem lawendę, dalie, prawie pięćdziesiąt róż w rozmaitych odmianach – do cięcia,  jadalnych i do wyrobu różnych fajnych rzeczy. Ustawiłem też olbrzymi namiot, który zniszczyła mi wichura i który naprawiłem tak, że już teraz nic go nie ruszy – posadziłem w nim równo sto pomidorów w kilkunastu odmianach osobiście wysianych wcześniej z nasion, a między pomidorami również osobiście wysiana bazylia – żeby nie było. Full wypas. Włożyłem w to miejsce naprawdę masę nie tylko pracy. O plenerowych urodzinach zlokalizowanych tam być może pomyślę, jak uda mi się doprowadzić do ładu wszystko to, co odpuściłem przez rzeczy, które niespodziewanie pochłonęły cały mój czas w kolejnych miesiącach.

To był maj!
drugie 180
Żegnaj szkoło!

Nie, nie. Nie myślcie, że w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy udało mi się zdobyć jakiś dyplom. Jeszcze zanim przyszedł czas na siew do gruntu, czy w ogóle siew, rozstałem się z uczelnią, z którą związany byłem od 2009 roku – najpierw jako student, a później jako pracownik tak zwany naukowo-dydaktyczny, choć tak naprawdę naukowo-dydaktyczno-administracyjno-fizyczny-iniewiadomojeszczejaki. Nie będę się rozpisywał, choć to temat na powieść. Pracowałem od tej pory spokojnie, prowadząc bloga, sklep, budując wielki ogród, czyli mając jakieś tam plany i nagle… 

trzecie 180
Funt mąki, funt cukru…

BUM! Któregoś czerwcowego poniedziałku, jak grom z jasnego nieba spadła na mnie i całą moją rodzinę informacja o możliwości spełnienia naszego wspólnego marzenia. Do wynajęcia od zaraz jest lokal gastronomiczny w sercu miasta. Otwieramy knajpę. Ależ to będzie uderzenie z okazji 10 urodzin bloga! Szykujecie się na odwiedziny? Zapraszam czym prędzej, bo zamykamy z końcem grudnia, a właściwie to osiemnastego. Później przygotowujemy zamówienia na Boże Narodzenie, wydajemy je 21 i 22 grudnia, a następnie pakujemy meble, porcelanę i kryształy, bo nowy najemca – dzięki Bogu – pali się, by wejść tu ze swoim pomysłem.

Przy tych stu osiemdziesięciu stopniach zatrzymam się na nieco dłużej, ale tylko na nieco, bo na ten temat mógłbym się rozpisać tak, że musielibyście poświęcić cały dzień na przebrnięcie przez ten – jak by nie patrzeć – urodzinowy wpis.

Jeśli jesteście z miast, w których lokale gastronomiczne do wynajęcia pojawiają się co kilka kroków, być może dziwicie się, dlaczego wolna miejscówka z przeznaczeniem na tego typu działalność tak bardzo wpłynęła na nasze ostatnie pół roku. Otóż w Goleniowie, skąd pochodzę, nie ma takich atrakcji na wyciągnięcie ręki. Owszem – można wynająć biuro, jakiś pamiętający lata sześćdziesiąte pawilon czy sklep, by od zera zaaranżować restaurację z całym zapleczem, toaletami dla gości, wybijając w tym celu dodatkowe wejścia, powiększając okna, prowadząc kominy, uzyskując zgody wspólnoty i podnosząc sufity. Dwukrotnie próbowałem, lecz już na etapie projektowania układu funkcjonalnego jedno i drugie przedsięwzięcie okazywało się tak kosztowne, że nasza rodzinna skarbonka z napisem „knajpa” musiałaby być ze dwadzieścia razy większa. W każdym razie, gdy okazało się, że do wzięcia jest miejsce gotowe na otwarcie restauracji, wiedzieliśmy, że marząc o tym od dawna, nie możemy zastanawiać się i gdybać w nieskończoność, bo zaraz może być po ptakach. Wszystkie nasze kalkulacje i wyliczenia prowadzone od jakiegoś czasu, wskazywały, że powinno się udać. Witaj przygodo!

Przed remontem…

Naszym planem, który snuliśmy od dobrych kilku lat była i – tu może Was zaskoczę – nadal jest! mała klimatyczna knajpa z króciusieńką kartą bazującą na świeżych, przyzwoitych produktach, z własnymi wypiekami, kawą i winem. I już. Knajpa, z której nie wychodzi się, śmierdząc jak po kąpieli w starej fryturze… Taki kształt i format wyłaniał nam się także (i pokrywał z naszymi wyobrażeniami) z trwającego ze dwa lata wsłuchiwania się w restauracyjne marzenia mieszkańców miasta – robiliśmy coś w rodzaju wywiadu wśród znajomych i nieznajomych, żeby móc zweryfikować nasze wizje. Lokal przejęliśmy w stanie opłakanym. Buzujący zewsząd smród starego tłuszczu, szczurze gówna, niemożliwe do otwarcia drzwi, klejące się podłogi, fugi między płytkami czarne od zbitego brudu, robactwa i resztek jedzenia, w połowie rozwalony bar, pozapychane syfony, elektryka do naprawy, a w kratkach wentylacyjnych i zatartych wentylatorach brud na 15 milimetrów (mierzyliśmy). Daliśmy radę. Pracowaliśmy tam wszyscy przez ponad dwa miesiące, raz tylko zrobiliśmy sobie wolną niedzielę, bo nie mieliśmy siły i potrzebowaliśmy dnia na regenerację. Absolutnie wszystko zrobiliśmy samodzielnie. Spięliśmy się tak, że nie zawołaliśmy na pomoc żadnej ekipy remontowej. Sami wszystko czyściliśmy, wymienialiśmy płytki, drzwi, kleiliśmy dziury w ścianach, malowaliśmy… Wspomniane zapuszczone fugi szorowałem osobiście na kolanach szczoteczką do paznokci przez 21 dni. A później sam zrobiłem stoły, których nogi i oskrzynie na czarno malowała mama, drewniane listwy przypodłogowe też zrobiłem sam i też mama je malowała, uszyłem zasłony i lniane maskownice na szpecące salę grzejniki. Na nowo wykończyłem istniejący kominek, oklejając go ceglanym licem i ozdabiając własnoręcznie robioną półką ze starego drewna. Mama zdjęła cały tłuszcz okrywający grubą warstwą WSZYSTKIE powierzchnie i zakamarki na zapleczu – zajęło jej to ponad miesiąc i pochłonęło dziesięć litrów specjalnego preparatu, bez którego, jak sama mówi, ani rusz. Brud zgromadzony pod szafkami na ubrania zbieraliśmy łopatą – nie żartuję. Mój brat zajął się wymagającą sporych napraw elektryką, tata wymurowaniem zburzonego do połowy baru, kładzeniem płytek, szukaniem sprzętów… Jeśli zastanawiacie się, co w tym lokalu było wcześniej, to odpowiadam: pizzeria. A później smażalnia.

Do roboty!

Wykończeni, ale nie mniej szczęśliwi, otworzyliśmy w środę, 14 września. Mówi się, że biznesy otwiera się właśnie w środę i najlepiej, gdyby pierwszym klientem był facet – u nas tak było. Przyjęliśmy formułę bistro, czyli miejsca nie tak bardzo eleganckiego, jak restauracja, do którego można wybrać się, by zjeść obiad albo jedynie coś przekąsić, napić się kawy, herbaty lub wina i skosztować wyrabianych przez nas na miejscu słodkości. Serwowaliśmy kuchnię polską w dwóch wydaniach – bardzo tradycyjną, trzymając się w najdrobniejszych detalach przepisów z przedwojennych książek, albo wymyśloną czy nieco zmodyfikowaną na bazie tychże przepisów, by pozornie znane danie miało szansę zaskoczyć czymś nowym. I tak z pierwszej puli mieliśmy na przykład bijące rekordy sprzedaży flaki po warszawsku a z drugiej schabowego, który zajmując calusieńki talerz, marynował się wcześniej całą noc w samym mleku, później panierowany był w panko i najprawdziwszym parmezanie, a rumieńców nabierał na oliwie z oliwek. Serwowaliśmy go z wypiekanym na świeżo pommes duchesse, czyli rodzajem ciasteczek z ziemniaków z dużą ilością masła i gałki muszkatołowej. Wewnątrz ciasteczek był sos na bazie redukcji z białego wina solony musztardą dijon, a całość lądowała na stołach bogato okraszona siekanym szczypiorem i strojnymi piórkami z kopru. Na cześć starych przepisów, o których wspominałem, nazwaliśmy się „Funt mąki, funt cukru…” – w końcu od „pół funta cukru rozetrzeć z funtem…” albo „dwa funty mąki wymięszać…” rozpoczyna się caaaaała masa dawnych przepysznych receptur.

Pierwsze kadry…

Sala pękała w szwach. Były dni, w których na stolik bez uprzedniej rezerwacji czekało się nawet dwie godziny. Ciesząc się na ten widok, zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że w mieście, w którym gastronomii w zaproponowanym przez nas formacie NIE MA (w ogóle nie ma tu takiej restauracji-restauracji) tego typu przedsięwzięcie będzie niemałym wydarzeniem i początkowe tłumy będą w dużej mierze efektem ciekawości tego, co tu się w ogóle wyprawia. Ponadto byliśmy i pewnie jeszcze przez niecałe trzy tygodnie będziemy jedynym otwartym w niedzielę lokalem gastronomicznym w mieście. Mieliśmy świadomość, że z tłumnego początku wyłoni się grupa Gości, która zaakceptuje naszą propozycję, a część pożegna się z nami na dobre, bo nie dostanie pizzy, nagetsów i frytek – ano nie dostanie. Nie ma też u nas telewizorów na ścianie, paluszków, orzeszków i basenu z piłeczkami ani zestawu dnia za 11 zika, a piszę o tym, bo od dostępności tych opcji, udogodnień i wariantów wielu lokalnych smakoszy uzależniało swoje wizyty u nas. Wszystkich nie zadowolisz. Czasami, a właściwie to minimum ze dwa – trzy razy dziennie zdarzają się u nas sytuacje, w których różne drobiazgi potrafią wywoływać szok. No bo tak: wchodzisz i kelner w białej koszuli pierwszy mówi Ci dzień dobry – szok. A po jedzeniu nie trzeba sprzątać samemu ze stolika (pytają, gdzie okienko, oj pytają tak jak o to, gdzie stoją miski z chlebem do zupy), bo ten kelner sam wszystko zabierze – szok. Mało tego – w trakcie posiłku ten sam kelner podejdzie, przeprosi i zapyta, czy wszystko jest w porządku (przykładowa odpowiedź: „potem pogadamy, tera jem”), a w razie pytań będzie w stanie dokładnie opowiedzieć o składnikach każdej pozycji z karty i o detalach związanych z przyrządzaniem dań – szok. Kolejny szok wywoływany był na przykład faktem, że nie było u nas półki z butelkami maggi, żeby móc sobie brać i zalewać wszystko, co ułożono na talerzu. Szczęśliwie po niedługim czasie powstał codzienny umiarkowany ruch i jakoś zaczęło się kręcić, ale – co tu dużo gadać – nie na dobre. Obserwując te wszystkie szoki, czuliśmy, że Funt to chyba jednak nie jest format na tu i na teraz.

Jesień w Funcie

W pewnym momencie, niestety, zauważyliśmy, że chyba zostajemy w tyle w zestawieniu z istniejącymi od lat miejskimi jadłodajniami, które dyktując lokalne smakowe trendy, codziennie oferują „wyłącznie świeże wyroby, jak u mamy”, a wchodząc tu czy tam o ósmej czy dziewiątej rano do wyboru na już (wystarczy tylko odstać swoje w ciągnącej się od poniedziałku do piątku aż na zewnątrz kolejce) jest pięćdziesiąt czy sto pozycji w cenach, za które my nie potrafilibyśmy zrobić zakupów, a przecież do tego doliczyć trzeba jeszcze koszty utrzymania lokalu, rozmaite rachunki, nie mówiąc już o wynagrodzeniach za pracę. Pomijając ceny, dla zwolenników tego typu żywności chyba wypadliśmy blado z naszą krótką kartą (szok), która i tak – by mieć wszystko świeże – wymagała od nas pracy po dwanaście czy nawet szesnaście godzin dziennie. Jeśli pomyślicie sobie „No dobra, ale jednak jakoś to robią, że mają te pięćdziesiąt pozycji. Czyli się da.” – oczywiście, że się da! Wystarczyło, że raz z ciekawości spisałem adres strony www hurtowni z dostawczaka rozwożącego towar po mieście. Matko jedyna! Wtedy to ja doznałem szoku. Wiecie, że prowadząc gastronomię, zamówicie w sieci absolutnie WSZYSTKO? Od mrożonych zup (wszystkich, jakich nazwy zdołacie powymyślać), przez gotowe już zasypane przyprawami kurczaki „z rożna”, sprzedawane w piętnastokilogramowych worach proszki do rozrobienia z wodą, z których wypieka się na przykład gofry, gotowe biszkopty do tortów i pakowane w wiadra kremy do ciast w 36 kolorach i 96 smakach (albo na odwrót, ale najważniejsze, że można łączyć kolor ze smakiem, czyli na przykład mogę mieć niebieski krem truskawkowy) czy w ogóle gotowe mrożone ciasta i tłuszcz do głębokiego smażenia w beczkach sięgających mi do pasa… To się nawet nazywa jakoś podobnie jak sprzęt gastronomiczny – coś w stylu „jedzenie gastronomiczne”. Dramat (żeby nie powtórzyć „szok”) choć biorąc się za takie karmienie ludzi, wystarczy mieć odpowiednią ilość zamrażarek, lodówek, bemarów i urządzeń do smażenia (czyli sprzętu gastronomicznego), do którego wkłada się całe to przywiezione dostawczakiem jedzenie gastronomiczne zgodnie z sugestiami producenta i gotowe! Nie śmieję się z tego – broń Panie Boże, ja tym jestem przerażony. Można tak rozkręcić niezły gastro–biznes nawet w niedużym miasteczku. I to z jakim sukcesem. A ja głupi latałem przed 6:00 rano po targu i wybierałem najładniejsze warzywa i owoce, hodowałem zioła na parapetach, mięsa ściągałem w lodówkach ze wsi na Podlasiu, a w jedynej zamrażarce w knajpie trzymałem poporcjowane na tydzień do przodu liście szpinaku, którymi barwiłem jeden z sosów z karty (bo wydawało mi się, że zamrożone potrafią puścić później więcej barwnika). Ech…

Wracając do bistro – serca nam rosły (właściwie to jeszcze rosną), gdy odwiedzali (odwiedzają) nas Goście, zauważający wysiłek, jaki wkładamy codziennie w gotowanie, obsługę i wnętrze, które udało się stworzyć w Funcie tak, że wiele osób przychodziło do nas pooglądać na żywo zgromadzone prawdziwie stare meble i tworzące niemałą galerię zdjęcia przedwojennego Goleniowa powiększone i oprawione w wiekowe ramy i rameczki. Cieszyliśmy się ich zainteresowaniem, a bywało i tak, że niekiedy „ja to tylko wpadłam zobaczyć, co tu jest” zamieniało się w ponad godzinne posiedzenie. Częstowaliśmy wszystkich tych przemiłych zainteresowanych naszymi bezikami i własnego wyrobu pralinami, by dobrze nas zapamiętali i być może odwiedzili za jakiś czas ponownie (odwiedzali!). Niestety, takich odwiedzin w zestawieniu z zapytaniami o margaritę, fundżi na grubym z serem w rantach, kapriczjozę, nagetsy i zapiekanki z pieczarkami, których to bezczelnie pozwoliliśmy sobie w karcie nie mieć, było zbyt mało, żebyśmy mogli poczuć stabilny grunt pod nogami. Jak doda się do tego wariactwo w postaci:

• wzrastających niemal z zakupów na zakupy cen – tu złotówkę, tu dwa, tam trzy, a gdzieniegdzie nawet i dziesięć złotych (na litrze śmietany i na parmezanie, nie żartuję), 

• kosmiczne stawki za prąd i gaz, bez których byłoby u nas ciemno, zimno i nic do jedzenia, 

• nasz wspomniany chwilę temu wymiar pracy liczący nawet po szesnaście godzin dziennie, bez żadnego wolnego dnia, mimo że w poniedziałki bistro było zamknięte…

…wychodziło nam, że pracujemy za darmo, a przecież wszędzie się słyszy, że to nie koniec i będzie jeszcze gorzej. Strach się bać. To, co piszę o rosnących cenach wszystkiego, dotyczy oczywiście nie tylko nas – prowadzących restaurację, ale i tych, którzy może i bardzo by chcieli bywać w Funcie, tylko muszą trzy razy oglądać każdą złotówkę, zanim zdecydują się ją wydać. Wtrącę tutaj tylko – skoro już mam okazję, a poza tym mogę, bo blog kończy dziesięć lat, czyli mam tak jakby urodziny – że ceny naszych dań, nie były wbrew sugestiom niektórych miłośników wymienionych przed momentem fastfoodów wyssane z palca lub ściągnięte z kosmosu. Wyliczając ceny korzystaliśmy ze wzorów, z których korzysta się w restauracjach i – możecie wierzyć albo nie – równaliśmy w dół, albo wręcz kroiliśmy ceny najdroższych dań po to by nie odstraszały, a te, które wychodziły nam najtaniej, zawyżaliśmy o złotówkę, czy dwa, żeby zarabiały na te dla nas najkosztowniejsze.  No i nie podnosiliśmy cen, a teraz, gdybyśmy jednak kontynuowali, musielibyśmy i nie byłyby to delikatne podwyżki – liczyliśmy, więc wiem. Mimo to i w każdym razie, grupa, w którą celowaliśmy, choć trafnie wskazana w czerwcu, okazała się zbyt mała, byśmy mogli złapać wiatr w żagle. Stopniała. Gwar wieczornych rozmów i śmiechów pełnej, zachwyconej miejscem sali cichł i powoli zamieniał się w szept. Podjęliśmy decyzję, że kończymy to, póki nie jest za późno, by wrócić do swoich dotychczasowych zajęć, a każde z nas na całe szczęście takie ma.

„A nie jest wam szkoda? Tu jest tak pięknie no i tyle waszej pracy… przecież ten lokal to była ruina.” – słyszymy. No pewnie, że szkoda, ale nie możemy brnąć w to w nieskończoność, widząc, co się dzieje. Gdybyśmy obudzili się za jakiś czas, dopiero byłby płacz.

Podczas rozmów z bliższymi i dalszymi znajomymi, którzy w prowadzeniu gastronomii mają doświadczenie lub zjedli na tym zęby, słyszeliśmy też i słyszymy nadal, że to, co zaproponowaliśmy, niekoniecznie jest pomysłem rzuconym na odpowiedni grunt, to znaczy, gdybyśmy takie coś zdecydowali się otworzyć w większym mieście niebędącym sypialnią jakiegoś innego miasta, w mieście, w którym istnieje branża restauracyjna, moglibyśmy funkcjonować, nie zarzynając się przy tym, bo i o szukaniu pracowników można byłoby porozmawiać. No cóż. Ponoć do trzech razy sztuka.

Choć być może nie brzmi to wszystko jakoś przesadnie optymistycznie i wesoło, zdradzę Wam, że myślimy o tym, co zrobić dalej z „Funtem…”, a właściwie to już wiemy, co zrobimy, by nie zaprzepaścić tego, co nam się osiągnąć pod tym szyldem mimo wszystko udało. Do pokonania mamy urzędowy maraton ze skokami przez papierkowe płotki, bo jak być może wiecie, u nas to jest tak, że załatwianie czegoś bez kosmicznej papierologii, to jak żadne załatwianie.

Menu
Tak poza tym, gdybyście byli ciekawi, co u mnie, to już piszę.

W pierwszej połowie roku zebrałem materiał na pięć lub sześć nowych postów, za które do tej pory nie mam czasu się zabrać. Wystąpiłem w kampanii reklamowej #AlwaysClassics we współpracy z Reebok i Noizz, zrealizowałem już po raz drugi wintidżowo – ogrodową współpracę z Altax, kilka moich realizacji ukazało się na łamach Świata Wnętrz. Wiem, że tu i ówdzie o mnie pisali, albo wspominali, ale musicie mi wierzyć – nie miałem czasu, by się tym cieszyć, o udostępnianiu Wam nie mówiąc. Byłem też tu i tam z warsztatami, dzięki czemu widziałem się z Wami na żywo. Zmieściłem to wszystko – cały swój rok – w dwóch zdaniach. Pięknie.

Niespodzianka!

Niezłe wariactwo, prawda? Na szczęście to już za mną. Myślicie, że nie ma powodu do świętowania? Jest! Jeśli czytacie ten wpis, być może zauważyliście, że towarzyszą Wam zupełnie inne niż dotychczas okoliczności nie tylko wizualne. Od dziś zapraszam Was na nowe wydanie mojego bloga i… mojego sklepu, którego wizerunek dłubałem przez ostatnie kilka miesięcy wspólnie z bratem, gdy akurat nie zasypiałem na siedząco po przyjeździe z knajpy. Mamy jeszcze masę pracy, bo tu coś nie działa, tam brakuje zdjęć a jeszcze gdzieś nie można kliknąć. Przed otwarciem Funta odgrażałem się, że z uwagi na restaurację kończy się moja warsztatowe trasa, ale, ale, ale…. już w lutym i marcu zobaczymy się w ******* (tu bardzo chętnie napisałbym gdzie, ale ponoć jest jeszcze za wcześnie, wobec czego organizatorzy grożą mi urwaniem łba, a jeśli by tak zrobili, nic by z moich warsztatów I WYKŁADÓW – bo będą dwa dwudniowe warsztaty i dwa wykłady – nie wyszło). Gdzie jeszcze się pojawię? To się okaże. Jak zawsze jeżdżę tam, gdzie mnie zaproszą.

Aha. Teraz oświadczenie. Ponieważ głowa kipi mi od pomysłów, na blogu będę publikował odtąd więcej projektów DIY, w ramach których podejmę próby tworzenia tego i owego od zera. Zastanawiam się, czy to może będzie czwarte 180 stopni? Jeśli tak, to gdyby nawiązać do tego cyrkla z początku wpisu, okazuje się, że koło się zamyka. Jak mawiają – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

To tyle. Trzymajcie się i… Wesołych Świąt, bo pewnie do Wigilii nie będę miał czasu na to, by móc zaserwować Wam jakiś premierowy świąteczny albo nieświąteczny materiał – roboty w knajpie jest po kokardę, bo mimo że decyzja o jej zamknięciu w obecnej formule i pod aktualnym jeszcze adresem już zapadła, staramy się nie odpuszczać i działać do ostatniego dnia, angażując w te działania wszystkie swoje siły. 

P.

No dobra, żartowałem. Zostawiam Wam mały prezent – wpis we wpisie, wystarczy, że klikniecie TUTAJ. Zobaczcie, jakie błyskawiczne dekoracje bożonarodzeniowe zrobiłem w…bistro! W tegoroczne święta w domu będzie wielki magazyn krzeseł i porcelany, więc o jego strojeniu nikt nawet nie myśli. Teraz już naprawdę – Wesołych Świąt!

Kadr z bistro w świątecznym wydaniu

Komentarze (4)

  1. Przeczytałam jednym tchem. Tego sprzątania nie zazdroszczę, a z drugiej strony, jak inni mogą karmić w tak brudnych (żeby nie napisać dosadniej) miejscach ludzi. Na pewno nie zmarnujesz wraz z najbliższymi tej pracy i wpadnie Wam jakiś pomysł, z którego będzie nie tylko praca, ale i płaca. Życzę powodzenia! Wesołych Świąt i może jakiegoś spotkania pod ulubioną sceną 🙂

  2. Cudownie się czytało! Bardzo szkoda, że biznes z bistro nie okazał się żyłą złota. Co byś nie robił życzę Ci powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zamknij
Koszyk (0)
No products in the cart.




0
error: