NOWY POST

Zrobiłem wóz

To miał być zwykły wózek do ogrodu, dzięki któremu nie trzeba będzie przenosić ciężkich donic z kwiatami wystawianych na zewnątrz wiosną latem i jesienią. Nie planowałem w ramach realizacji tej pracy niczego, co mogłoby być szczególnie warte udokumentowania, o publikacji nie wspominając. Ot pudło zbite z desek i oparte na kółkach.

Zapraszam na post!

Pomysł zaczął rozwijać się w chwili, gdy postanowiłem znaleźć niedrogie koła. Przeszukując sklepy internetowe i aukcje zapuściłem się w kategorie z przedmiotami używanymi, gdzie  wpadłem na dwa staruteńkie i mocno zniszczone drewniane okute koła szprychowe liczące ponad sześćdziesiąt centymetrów średnicy. Ustrzeliłem je za… trzydzieści złotych. Natychmiast po zakupie rozpocząłem oglądanie wózków w dostępnych w sieci cyfrowych archiwach. Tu zupełnie oszalałem! Zdjęć z widniejącymi na nich niewielkimi dwuśladami pełniącymi funkcję straganów albo pomocników do transportu bagażu, siana i innych rzeczy znalazłem tyle, że w pewnym momencie nie wiedziałem, na czym zawiesić oko i co potraktować jako inspirację do działania. Ponieważ największe wrażenie zrobiły na mnie wyświetlane przy okazji i trochę większe wozy cyrków Ringling Bros. Barnum & Bailey czy Cole Bros. Circus, to właśnie je potraktowałem jako wzór dla mojego – bądź co bądź – ogrodowego wózeczka. Wiedziałem już, że ta stylizacja obejmująca trochę DIY i odrobinę renowacji będzie zupełnie szalona!

Oś na początek

Pierwszy etape mojej pracy obejmował wykonanie osi, na której możliwe będzie późniejsze oparcie skrzyni. Zrobiłem ją z drewnianej belki o przekroju 60 mm x 60 mm, przechodzącej po obu stronach w czopy, czyli zestruganej tak, by dało się osadzić na niej koła. Te, zbliżając się do pożądanej średnicy, zakładałem co chwilę, sprawdzając, czy na czopach są miejsca uniemożliwiające ich swobodny obrót. Jeśli były, zbierałem nadmiar drewna i robiłem kolejne przymiarki.

Wsporniki, belki, listwy…

Przeglądając stare zdjęcia, zauważyłem, że skrzynie w części wózków znajdowały się bardzo blisko osi, a inne wyniesione były w górę na różnego rodzaju elementach przypominających łączniki lub wsporniki. Wersja z podwyższeniem odpowiadała mi bardziej, więc z pozostałych po budowie wiaty na narzędzia fragmentów belek wyciąłem ręczną wyrzynarką odpowiadające mi kształty. Liczbę prób podjętych w ich poszukiwaniu zobaczycie niżej. Wsporniki złączyłem z belką stanowiącą oś długimi wkrętami do drewna, nawiercając wcześniej elementy celem uniknięcia ich popękania.

Do wsporników przykręciłem dwie długie na dziewięćdziesiąt centymetrów belki dekoracyjnie przycięte na końcach. Trzecią, środkową i nieco dłuższą, bo mającą przechodzić z przodu w dyszel przykręciłem do poprzeczek biegnących prostopadle do nich. Dzięki tym niepozornym listwom cały układ, na którym miało oprzeć się dno skrzyni, zyskał niemało na stabilności, a ponadto dzięki tym elementom mogłem sprawnie ustawić belki w równych odległościach.

Pierwsze przymiarki

Wspomniany wyżej dyszel przyciąłem z trzech stron, nadając mu wstępnie zarys docelowej formy, ale po przymierzeniu grubych na trzy, szerokich na osiemnaście i długich na sto centymetrów desek, z których planowałem zrobić dno, zauważyłem, że proporcje zrobionej dotychczas konstrukcji są nieco zachwiane, bo uchwyt jest po prostu za krótki. Nie miałem wyjścia i… obciąłem go. W jego miejsce wstawiłem nowy, trochę większy. Połączyłem go ze środkową belką na sztywno, stosując banalnie prosty węzeł – wczep, który po dopasowaniu obu elementów zakołkowałem.

Mając gotowe podwozie, tj. oś ze wspornikami, belkami, na których później oprę skrzynię, nowym dyszlem i dopasowanymi deskami na dno, pozostało mi przygotowanie elementów na boki, przód i tył skrzyni. Zrobiłem je z nazbieranych na przestrzeni ostatnich kilku lat kawałków desek. Zakończenia boków delikatnie zaokrągliłem, odrysowując łuki od papierowego szablonu, a na przód i tył przeznaczyłem dwa jednakowe prostokątne odcinki.

Bejca, pokost i farba kazeinowa

Całe podwozie i deski na dno zabarwiłem na kolor ciemnego orzecha. Bejcę nakładałem pędzlem, nie dbając o to, by powierzchnia miała równy odcień. Zależało mi na stworzeniu efektu zużycia, nierówności i starości. W końcu wóz, który zjechał kawał świata, nie może być zbyt idealny! Następnego dnia przyciemnione części pokryłem solidną warstwą lnianego pokostu i odstawiłem do wyschnięcia.

Boki skrzyni pomalowałem (w pełni świadomie) farbą kazeinową. Chciałem w ten sposób uniknąć wytworzenia na wozie syntetycznie połyskującej warstwy akrylu i umożliwić jego szybsze wizualne starzenie się. Po wyschnięciu farby, w odległości 25 milimetrów od krawędzi każdego z elementów namalowałem złote obramowania.

Kilka drobiazgów

W to, że z fragmentu bukowej tralki zrobiłem nóżkę podpierającą wózek z przodu, musicie uwierzyć mi na słowo. Na zdjęciach poniżej zobaczycie za to, jaką rączkę mającą rozbudować nieco płaski dyszel, i – przede wszystkim – ułatwić prowadzenie wozu, zrobiłem z dwóch toczonych ubraniowych haków i fragmentu gwintowanego pręta. Ten element (i nóżkę) wykończyłem tak samo, jak oś, wsporniki czy belki tj. barwiąc najpierw całość orzechową bejcą, a później nasycając pokostem.

Koła prawie sauté

Mogłem nareszcie zabrać się za koła. Na początku wpisu wspomniałem, że ich stan nie był najlepszy. Chciałem nieco je zakonserwować i zabezpieczyć. Nie planowałem w żadnym wypadku doprowadzać ich do stanu, w którym dawno temu opuściły pracownię kołodzieja – autora. Widoczne niemal wszędzie zniszczenia idealnie wpisywały się w charakter mojej realizacji. Koła pokryłem najpierw preparatem owadobójczym. Nałożyłem go na wszystkie elementy drewniane pędzlem i całość zamknąłem w olbrzymim worku na 24 godziny, ułatwiając substancji wniknięcie wgłąb materiału. Być może zauważyliście, że w jednym z kół brakowało szprychy. Wystrugałem ją z kawałka listewki o przekroju odpowiadającym pozostałym ramionom i z czopami: dzwonowym i piastowym. Nie wyszła mi idealnie taka sama, ale po wybarwieniu jej brązową i czarną bejcą, które mieszałem ze sobą i zmywałem parokrotnie w celu uzyskania efektu wypłowiałego i brudnego drewna, musiałem się przyjrzeć, by ją odnaleźć ;-)

Po odparowaniu preparatu na drewnojady pokryłem koła rozgrzanym pokostem. Żelazną taśmę biegnącą po obwodzie każdego z kół przeczyściłem delikatnie z rdzy stalową wełną. To wszystko, co z nimi zrobiłem. Zwróćcie uwagę, że nawet ich nie umyłem, nie uczyściłem, ani nie oszlifowałem. Wszystkie ślady, które miały (i mają!) na sobie wynikają z ich użytkowania przez długie lata. Uznałem, że będzie to duży wizualny plus mojego wozu. Choć zrobiłem tu naprawdę niewiele, to wystarczająco, by koła odrobinę odżyły nie tracąc absolutnie nic ze swoich wizualnych wiekowych cech. O to mi chodziło.

Koła osadziłem na osi i zablokowałem na końcach stalowymi rozetami pełniącymi funkcję czapek zdradzających, w jakim charakterze utrzymany będzie wóz. Rozety przykręciłem starymi śrubami wyciągniętymi kiedyś z całkowicie zniszczonego giętego krzesła. Nie byłem pewien, czy takie rozwiązanie stabilnie przytrzyma koła, szczególnie, że w prawdziwych wozach jest ono nieco inne, ale szybko okazało się, że nie ma powodów do obaw.

Skrzynia

Dno i boki skrzyni skręciłem od spodu długimi wkrętami natomiast od góry, czyli w miejscu widocznym, posłużyłem się płaskimi kątownikami, które po pomalowaniu na złoto wpuściłem w krawędzie desek. Odrysowałem w tym celu kształt blaszki na stykach elementów, naciąłem go po obrysie nożem snycerskim, a drewno ze środka usunąłem, posiłkując się dłutem uderzanym drewnianym młotkiem. Kątowniki przymocowałem na kute gwoździe o kwadratowym przekroju. Bałem się trochę, że nie będzie to wyglądało dobrze, ale efekt przeszedł moje oczekiwania. Korzystając z tych samych gwoździ, przytwierdziłem skrzynkę do belek, a pomalowane na przybrudzoną biel elementy pokryłem dość solidnie (dwukrotnie, pędzlem) barwiącym woskiem stanowiącym zabezpieczenie i dodającym powierzchni kilku wizualnych lat.

Odrobina blichtru

Na tym etapie mógłbym uznać dzieło za skończone, ale brakowało jeszcze najważniejszego – odrobiny cyrkowego przepychu, czegoś, co wprost przywołałoby na myśl bogato (czasem do przesady) zdobione wozy z początku ubiegłego stulecia. Na złoto pomalowałem więc kilka trójwymiarowych stalowych liści, rozet i… dwie lwie głowy z drewna wcześniej bardzo obficie nasączone utwardzającym preparatem z żywicą. Tak, tak! To wszystko po przewierceniu w paru miejscach i przykręceniu zamaskowanymi następnie wkrętami znalazło się na moim wózku.

Gotowe!

Pomysł na sfotografowanie wozu od początku miałem tylko jeden. Nie opisuję tu zwykle kulis robienia zdjęć finałowych, ale tym razem zdradzę Wam to i owo. Otóż… postawiłem cyrk! Nie było to całe potężne szapito, a jedynie runda nawiązująca stylistyką do minionych czasów, która w zupełności mi wystarczyła. Fragment namiotu uszyłem z grubego bawełnianego płótna i zawiesiłem na czterech słupach stojących pionowo za sprawą sporej średnicy jutowych lin – zupełnie jak w prawdziwym cyrku! Niektóre zdjęcia zrobiłem na zewnątrz, w pełnym słońcu, a inne w zaaranżowanym wnętrzu namiotu ulokowanym w swojej pracowni. Celem stworzenia paru jednoznacznie przywołujących na myśl cyrk detali, owinąłem satynowymi wstążkami kilka plastikowych kół, a podtrzymujące tkaninę słupy pomalowałem w spiralny wzór. Starą marynarkę pozbawiłem kieszeni i obszyłem skręcanym sznurem, nabijając tu i tam imitujące stare złoto duże okrągłe ćwieki. Rozsypałem odrobinę siana i mogłem zająć się udokumentowaniem efektów swojej pracy.

P.

No Comments

Leave a Reply

error: