ZRÓB TO SAM!

Zrobiłem ławkę na taras

Pierwsze tej wiosny ciepłe wieczory spędzone w ogrodzie mam za sobą. Pisałem już kiedyś, że najbardziej lubię te momenty, gdy po słonecznym dniu paruje ziemia, unosząc zapachy kwiatów, ziół i lasu. Uwielbiam przesiadywać wtedy na zewnątrz, zapominając o bożym świecie. Zapraszam Was na kolejny już wpis, w którym pokażę, w co udało mi się zamienić kilka starych desek. Wyciągnąłem je z ogrodowej altany, gdzie ułożone jedna na drugiej przeleżały ponad rok. Przyznam, że zupełnie o nich zapomniałem. Dopiero niedawno zauważyłem, że materiału jest wystarczająco dużo, by móc pomyśleć o zrobieniu z niego prostego mebla na taras, na którym dotychczas stał jedynie stół z czterema krzesłami…

Sporo czasu spędziłem na przeglądaniu w sieci i zgromadzonych w domu magazynach zdjęć z rozmaitymi starymi i nowymi ławkami tarasowymi. Na początku poszukiwań moja uwaga skupiona była na wiejskich meblach z miejscem do przechowywania pod siedziskiem. Później dotarłem do pięknych, nadgryzionych zębem czasu ławek i sof gustawiańskich. Prostopadłościenna forma wielu z nich mogąca przybrać mniej lub bardziej strojną wersję wydała mi się, czymś, co mógłbym potraktować jako inspirację. Mierząc siły na zamiary, uznałem, że proste kąty i nieskomplikowany kształt w połączeniu z kilkoma tapicerowanymi dodatkami umożliwiającymi komfortowe korzystanie z mebla, będą stanowiły dla mnie najzwyczajniej rzecz możliwą do samodzielnego zrobienia. Mimo wielkiego zapału do pracy starałem się nie zapominać o tym, że dysponuję jedynie ręczną wyrzynarką, ręczną piłą tarczową, brzeszczotem, kilkunastoma dłutami, szlifierką i wkrętarką, będącymi na co dzień moją pomocą przy odnawianiu, a nie wytwarzaniu mebli.

By łatwiej było Wam zorientować się, które miejsca mam na myśli, opisując dany proces, możecie rzucić okiem na mój szkic – potraktujcie go jak mapę.

Do wykonania ławki potrzebowałem:

  • dwóch dłuższych desek na przód i tył ramy oraz jednej deski tej samej długości na oparcie;
  • dwóch krótszych desek na boki ramy;
  • czterech nóg;
  • dwóch odcinków – „podłokietników” – mających połączyć przednie i tylne nogi w dwa boki;
  • desek do wypełnienia boków i oparcia oraz listewek na ramki utrzymujące płyciny;
  • metalowych obejm do połączenia ramy i montażu nóg;
  • dwugwintowych muf i odcinków gwintowanego pręta do montażu nóg;
  • desek do zrobienia łączyn wzmacniających ramę siedziska (uznałem, że same obejmy, choć spore i solidne to za mało);
  • różnej długości wkrętów, desek na dno siedziska, pasów tapicerskich, odrobiny kleju, farb, wosku i kilku drewnianych detali;
  • pianek tapicerskich, kleju kontaktowego, owaty, tkanin i taśmy suwakowej do uszycia pokrowców i poszewek;

Pracę rozpocząłem od pocięcia drewna i skompletowania wszystkich elementów konstrukcji.

Rama siedziska to nic innego, jak dwie pary desek w dwóch różnych długościach: krótsze mające pełnić funkcję boków i dłuższe na przód i tył. Wszystkie cztery elementy połączyłem ze sobą pod kątem dziewięćdziesięciu stopni obejmami wykorzystywanymi najczęściej do wytwarzania stołów. Okucia te, choć solidne, wsparłem w późniejszych etapach pracy trzema drewnianymi łączynami o przekroju 6 na 6 centymetrów, które dodatkowo usztywniły konstrukcję. Zobaczycie je na kolejnych zdjęciach.

Takich metalowych obejm użyłem do połączenia ramy siedziska.

Otwór w metalowej obejmie umożliwi montaż nóg. Ponieważ deski tworzące ramę dotykają się krawędziami, konieczne było wycięcie z nich malutkich fragmentów drewna, by móc swobodnie przełożyć gwintowany pręt.

Rama w trakcie przymiarek. Na tym zdjęciu poszczególne deski nie są jeszcze połączone ostatecznie – wybieram najlepsze ułożenie, decydując która deska ma być widoczna z danej strony.

Nogi przygotowałem z czterech równej długości odcinków kantówki o przekroju 5 x 7 centymetrów. W miejscach, w których miało znaleźć się ich połączenie z ramą siedziska, usunąłem małe kawałki drewna. Jak? Spójrzcie na zdjęcia. Dzięki temu zabiegowi w każdej z nóg mogłem bez problemu wywiercić otwór, by następnie wkręcić w niego mufę – metalową wpustkę, która z kolei umożliwiła mi wpuszczenie w nią kawałka gwintowanego pręta stanowiącego element umożliwiający połączenie nóg z ramą. Ponieważ proste nogi wydały mi się trochę zbyt ciężkie wizualnie, wyciąłem w każdej z nich (od góry) delikatny łuk.

Przygotowuję nogę. Ołówkiem zaznaczyłem miejsce, w którym zamontuję okucie umożliwiające montaż. Nacinam drewno w odległości około 15 milimetrów na prawo i na lewo od narysowanej linii…

…i za pomocą dłuta usuwam jego mały fragment.

Wycięcie wyrównuję pilnikiem…

…by za chwilę wywiercić w drewnie otwór.

W wywiercony otwór wkręcam metalową mufę – wpustkę z wewnętrznym gwintem.

Wpustka umożliwiła mi umocowanie w nodze gwintowanego pręta, który przełożyłem przez otwór w metalowej obejmie łączącej elementy ramy.

Przednie i tylne nogi połączyłem „podłokietnikami” tworząc ramy stanowiące boki ławki. Określenie „podłokietniki” celowo wziąłem w cudzysłów, bo elementy te, choć kojarzą się z nimi, umieszczone są na tyle wysoko, że nie pełnią takiej funkcji. Po wstawieniu kantówek między przednie i tylne nogi unieruchomiłem je ściskami, a następnie z przodu i z tyłu wywierciłem po dwa otwory. Każdy z nich poszerzyłem tak, by po wpuszczeniu wkrętów móc ukryć ich łby w przekroju nóg, a później całkowicie zaślepić. Użyłem hartowanych wkrętów do drewna w rozmiarze 6 x 90 milimetrów.

Na tym zdjęciu „podłokietnik” łączący przednią i tylną nogę utrzymywany jest na odpowiedniej pozycji przez ścisk. Wiercę otwory, w które będę mógł wpuścić wkręty.

Każdy z otworów poszerzyłem tak, by ukryć łby wkrętów, wpuszczając je nieco wgłąb drewnianych elementów.

Dokładnie w taki sam sposób przykręciłem oparcie. Do jego zrobienia wykorzystałem dwie deski jednakowej grubości. Złączyłem je ze sobą długimi na 20 centymetrów gwoździami. Przed ich wbiciem, w miejscach, w których planowałem je umieścić, przewierciłem drewno cienkim (dużo cieńszym niż gwóźdź) wiertłem, aby zapobiec jego popękaniu. Na końcach połączonych już elementów wyciąłem łuki stanowiące jedną czwartą koła o promieniu osiemnastu centymetrów. Widoczna na oparciu linia stanowiąca styk desek zupełnie mi nie przeszkadza. Traktuję ją jako detal nadający ławce wizualnego wieku, sugerując, że być może części tworzące tę powierzchnię rzeczywiście zdążyły się już zestarzeć.

Te dwie połączone ze sobą deski po wycięciu łuków stanowić będą oparcie. Mały fragment drewna, widoczny u góry zdjęcia dołożyłem dla ułatwienia rysowania – mogłem wbić w niego nóżkę cyrkla.

Tak wyglądała moja ławka po pierwszym dniu pracy. Prostokątna rama siedziska ma już wewnątrz trzy wzmacniające konstrukcję łączyny. Ponieważ uznałem, że przód mebla jest odrobinę za ciężki, postanowiłem zwęzić nieco ku dołowi przednie nogi – w nowej wersji zobaczycie je na kolejnych zdjęciach.

Od początku pracy odkładałem na bok wszystkie kawałki drewna równe głębokości siedziska lub dłuższe. Zamierzałem wyrównać je tak, by móc zrobić z nich płaszczyznę do siedzenia. Gdy zabrałem się za to i zobaczyłem, że będę musiał kombinować bardziej, niż zakładałem, bo materiału miałem niezbyt wiele, przypomniałem sobie, że na warsztatowym stryszku powinienem mieć pocięte na równe fragmenty sztachety. Tak, tak! Gdy w zeszłym roku budowałem altankę na donice i narzędzia, postanowiłem wypełnić ramy stanowiące jej ścianki właśnie tymi sztachetami, których osiem czy dziesięć sztuk zostało mi po budowie drewnianego parkanu dzielącego ogród na dwie strefy. Byłem pewien, że deski są krótsze niż te, których w tej chwili potrzebuję, ale wdrapałem się na górę i… bingo! Nie dość, że pocięte sztachety były o dziesięć centymetrów dłuższe niż głębokość siedziska, to jeszcze w dodatku było ich tyle, że mogłem ułożyć je jedna obok drugiej, tj. bez przerw, jakie są na przykład w dnach łóżek. Każdą z deseczek przybiłem do pasów tapicerskich i to wszystko!

Wewnątrz ramy siedziska zamocowałem listwy, na których oparłem płaszczyznę z desek. Listwy te przykręciłem w odstępach co 8 – 10 centymetrów mierzącymi 50 milimetrów długości wkrętami.

Płaszczyznę siedziska zrobiłem z kawałków sztachet niewykorzystanych przy innej, wcześniejszej realizacji.

Do ułożonych w rządku deseczek przybiłem z dwóch stron pasy tapicerskie.

Całość oparłem na przykręconych po wewnętrznej stronie ramy listwach.

Czas na elementy płytowe, czyli wypełnienie boków i oparcia. Na początek listewki o przekroju 15 x 40 milimetrów pociąłem tak, by w każdym z trzech „okienek” ławki (prawy bok, lewy bok i oparcie) utworzyły one ramki, stykając się ze sobą na ucios. Ramki przykręciłem gęsto ciesielskimi wkrętami, wpuszczając ich łby wgłąb listewek. Otwory wypełniłem następnie wodoodporną masą szpachlową, która musiała porządnie wyschnąć.

W boki i tył drewnianej konstrukcji wstawiłem ramki, do których zamierzałem przykręcić szerokie deski stanowiące ich wypełnienie.

Listewki tworzące ramki stykają się ze sobą na ucios. Wkręty, którymi zostały przytwierdzone do szkieletu, wpuściłem delikatnie wgłąb.

Otwory, w które wpuściłem wkręty, wypełniłem masą akrylową. Po wyschnięciu zeszlifowałem jej nadmiar drobnym papierem ściernym.

Gdy masa szpachlowa schła, zająłem się montażem toczonych, wysokich na nieco ponad osiem centymetrów laufrów mających stanowić ozdobę ławki. Na górze każdej z czterech nóg, czy też na każdym z czterech rogów mebla, od góry wyznaczyłem miejsca, w których wywierciłem otwory. W otwory te wsadziłem drewniane kołki i nałożyłem na nie moje dekoracje. Na tym etapie nie przytwierdzałem ich na stałe. Zrobiłem to dopiero przed pomalowaniem całości. Użyłem w tym celu kleju poliuretanowego. Bałem się trochę tego, że gdybym już teraz, czyli w trakcie pracy nad kształtem mebla zamocował laufry, obracając go, podnosząc i przesuwając, mógłbym przez nieuwagę wyłamać lub w inny sposób uszkodzić te drobiazgi.

Takie laufry kupiłem w sklepie z artykułami do renowacji mebli. Wytoczono je z drewna bukowego.

By zamontować laufry, na każdej z czterech nóg wyznaczyłem środek…

…i wywierciłem otwór.

Laufry osadziłem za pomocą drewnianych kołków. Na tym etapie była to tylko przymiarka „na sucho”. Później do połączenia elementów użyłem kleju poliuretanowego.

Wracam do płycin. Mając solidnie trzymające się ramki nośne, przymierzyłem (na razie bez przykręcania) odpowiednio pocięte deski przeznaczone na wypełnienie. W jednym lub dwóch miejscach usunąłem strugiem drobne nierówności, dzięki czemu elementy raz dwa wskoczyły na swoje miejsce. W deskach wystarczyło już tylko wywiercić malutkie otwory montażowe i wpuścić w nie wkręty. By zamaskować widoczne łby, po wewnętrznej stronie boków ławki przybiłem ozdobne listewki. Tak samo zamierzałem zrobić na oparciu, ale przez to, że deski użyte do zrobienia jego szczytu były nieco węższe niż te tworzące „podłokietniki” po wstawieniu wypełnień uzyskałem równą płaszczyznę bez widocznych różnic w grubościach poszczególnych części składowych. Ozdobna listwa byłaby tu więc jakby naklejona i odstawałaby. Zrezygnowałem z niej, by nie dorzucać dekoracji na siłę. Łebki wkrętów biegnące poziomo wypełniłem masą, dzięki czemu zupełnie zginęły. Wkręty ułożone pionowo zasłoniłem cieniutkimi gładkimi listewkami. Przed pomalowaniem wyglądało to średnio, ale później stało się zupełnie niewidoczne.

Do zrobionych wcześniej ramek przykręciłem deski, które wypełniły puste wcześniej boki i tył ławki.

Boki wykończyłem po wewnętrznej stronie ozdobną listewką. Zamaskowałem w ten sposób widoczne łby wkrętów.

Wszystkie otwory, które podczas skręcania ze sobą poszczególnych części mebla umożliwiły mi ukrycie łbów wkrętów, wypełniłem zaślepkami. Zrobiłem je bardzo szybko z drewnianego drążka, którego średnica była dokładnie taka sama jak średnica otworów. Jego zakończenie szlifowałem najpierw na papierze ściernym, łagodząc krawędzie, a później odcinałem około dziesięciomilimetrowy fragment. Powtarzałem ten proces aż do momentu wyprodukowania potrzebnej ilości zaślepek.

Zakończenie drążka szlifowałem przed każdym cięciem po to, by móc później łatwiej wbić gotową zaślepkę w otwór.

Takie wypełnienia możecie znaleźć w sklepach. Są gotowe do użycia. Ja zrobiłem swoje w kilkanaście minut. Potrzebowałem jedynie kawałka papieru ściernego, ręcznej piłki i około dwudziestu centymetrów drewnianego drążka.

Wewnętrzne ścianki każdego z otworów posmarowałem odrobiną kleju i wcisnąłem zaślepkę. Niektóre z nich wymagały dobicia drewnianym młotkiem. Miejsca, w których zaślepki okazały się zbyt długie, wystarczyło przeszlifować po wyschnięciu kleju.

Pora na kolor i… pierwsze szlifowanie!

Ławkę pomalowałem mieszanką trzech odcieni farby, znalezionej w mojej pracowni. Mam na myśli Viva Home, która – uwaga – nie jest farbą dedykowaną meblom ogrodowym. Wybrałem ją w pełni świadomie, chcąc wykorzystać to, co miałem, bez konieczności wybierania się na zakupy. Gwarantuję Wam, że powłoka, którą tworzy na drewnie akurat ta farba, jest na tyle trwała, że nawet w dość trudnych warunkach zewnętrznych trzeba będzie czasu, by stało się z nią coś złego. Choć wygląda jak tradycyjna farba kredowa, woda jej niestraszna. Malowałem, korzystając z dużego okrągłego pędzla z gęstym i dość sztywnym syntetycznym włosiem. Farbę nakładałem tak, jakbym robił to za karę i od niechcenia – byle tylko jak najszybciej zamalować całość.

Wyschniętą na pieprz farbę, a właściwie pomalowany nią mebel wyszlifowałem. Było to pierwsze szlifowanie drewna! Tak, tak – wszystkie niedoskonałości, odstające włókna, wyczuwalna w dotyku i widoczna gołym okiem struktura drewna w wyniku użycia szlifierki z papierem gradacji 240 stworzyły wyglądającą wiekowo powierzchnię, na której wszelkie otarcia i braki w barwnej powłoce stworzyły sieć drobnych detalików układających się w naturalny rysunek drewna. Chcąc sprawdzić, czy świeżo wyszlifowane miejsca nie mają żadnych odstających drzazg i innych mogących utrudnić komfortowe korzystanie z mebla elementów, bardzo dokładnie sprawdzałem je gołą dłonią.

By zabezpieczyć choć trochę odsłonięte w trakcie szlifowania drewno, na całą ławkę położyłem dwie porządne warstwy bezbarwnego rozgrzanego wcześniej wosku. Każdą z warstw zostawiłem do wyschnięcia na całą noc i porządnie wypolerowałem. Polerowanie miękką bawełnianą szmatką było – po dotykaniu gołą dłonią – drugim testem na obecność drzazg i szorstkich powierzchni. Ten na całe szczęście przebiegł bardzo dobrze. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego nie użyłem jakiegoś supermocnego lakieru, albo innego gwarantującego stuprocentową ochronę po wsze czasy specyfiku. Nie wyobrażałem sobie zamknięcia osadzonego w takim, a nie innym charakterze mebla pod kloszem powłoki, która zamrozi go na długi czas takim, jaki jest w tej chwili. Chciałbym, żeby moja ławka starzała się, zużywała, nabywała nowych niedoskonałości, by co jakiś czas wymagała pielęgnacji, a być może kiedyś czasochłonnego generalnego remontu.

Do pomalowania ławki wykorzystałem farby Viva Home, które znalazłem w warsztacie. Dostałem je do przetestowania w puszkach bez etykiet kilka miesięcy przed tym, jak pojawiły się w sklepach.

Z tych trzech kolorów stworzyłem swój własny. W środku baza, czyli Gołębi Puch, po lewej stronie Kawa z Mlekiem a po prawej Kamyk na Szczęście. Proporcje na oko.

Drewno pokryłem jedną warstwą farby, której rozprowadzenie umożliwił mi gruby okrągły pędzel z gęstym syntetycznym włosiem.

Zobaczcie, jak pięknie wygląda powierzchnia pomalowanego mebla po oszlifowaniu drobnym papierem ściernym. Przetarcia eksponują trójwymiarową strukturę drewna. Wszystkie jej najbardziej wypukłe miejsca pozbawione szarego koloru tworzą unikatowy detal i przełamują dość masywną formę ławki.

Mebel zabezpieczyłem dwiema warstwami bezbarwnego wosku. Taka powłoka będzie wymagała pielęgnacji i uzupełnienia co jakiś czas.

Skończyłem!

Co nieco o elementach tapicerowanych

Z tkanin mających zdobić miękkie elementy mebla zamierzałem uszyć pokrowce, które w prosty sposób będzie można ściągnąć i uprać lub zamienić na inne. Materac wykonałem ze zgromadzonych przez lata fragmentów pianki. Łączyłem je uniwersalnym klejem kontaktowym. Po obu stronach siedziska przewidziałem wałki pełniące funkcję niskich podłokietników czy zagłówka – w zależności od sposobu korzystania z mebla. Wałki jako gotowe produkty możecie znaleźć w hurtowniach tapicerskich. Ja, korzystając z nagromadzonych ścinków, postanowiłem wykonać je samodzielnie. Wycięte wcześniej formatki skleiłem, łącząc ze sobą parę równoległych boków w każdym tak, by powstały dwa tunele. Z mniejszych kawałków pianki wyciąłem koła o średnicy umożliwiającej zamknięcie tuneli i od razu wkleiłem po jednym do każdego z nich, tworząc dno. Najmniejsze i najbardziej nieregularne resztki pianki pociąłem drobno i wykorzystałem jako wypełnienie. Pełne tunele zamknąłem, wklejając piankowe kółka od góry. Gotowe.

Pokrowiec na materac oraz poszewki na wałki i poduszki uszyłem, korzystając z porad zamieszczonych na kilkunastu blogach i forach krawieckich. Musiałem wesprzeć się solidną dawką wskazówek. Od czasu do czasu zdarza mi się szyć, jednak tapicerując fotele lub krzesła, nie robię tego w formie gotowych pokrowców przybijanych tylko od spodu. Wiem, że wielu osobom wychodzi to świetnie, ja tego nie lubię. Mając przed sobą mebel, który chcę obić, zawsze upinam na nim tkaninę, by zszyć ją ręcznie „na żywca” kontrolując centymetr po centymetrze linię powstającego szwu. Maszyna jest dla mnie pomocna przykład wtedy, kiedy muszę przygotować bodno z dekoracyjną bizą. Tym razem wszystkie elementy musiałem uszyć tak, by po zasunięciu błyskawicznego zamka pasowały jak ulał. Zajęło mi to dwa dni po dziesięć godzin pracy. Połowę tego czasu spędziłem tylko na szyciu pokrowca na materac. Dwa razy prułem, połamałem siedem igieł w maszynie, ale jakoś przez to przebrnąłem.

Jeżeli chodzi o wybór tkanin, postanowiłem zupełnie pominąć te tarasowe czyli bezpieczne, trwałe i wodoodporne, a wszystkie pokrowce i poszewki uszyć z materiałów naturalnych. Grubą mieszankę lnu i bawełny drukowaną w maki wykorzystałem na materac i wałki, a czystego grubego obiciowego lnu użyłem na poszewki trzech większych poduszek. Dwie mniejsze poszewki są wyjątkiem, bo tworząca je tkanina to – o ile się nie mylę – sztuczne włókno lub jego mieszanka z włóknami naturalnymi. Znalazłem je w swojej szafie z kawałkami materiałów. W początkowej fazie myślenia o wyglądzie miękkich elementów dopuszczałem stonowane, jednolite warianty kolorystyczne, jednak widząc pomalowaną i oszlifowaną ławkę, uznałem, że wyjdę z bezpiecznej strefy szarości i beżyków, a mebel ożywię nieco przez wprowadzenie kontrastu. Bardzo chciałem użyć czegoś tkanego lub drukowanego w duże truskawki, ale nie znalazłem niczego odpowiedniego. Przez moment byłem nawet skłonny zamówić kupon lnu i samemu go pomalować, lecz bałem się, że może nie wyjść to za dobrze – może kiedyś do tego wrócę. Wybrałem polne maki, które znałem, bo kilkukrotnie już robiłem to i owo z tej właśnie tkaniny.

Takie wałki udało mi się zrobić z resztek pianki tapicerskiej. Na zdjęciu jeden z nich leży na posklejanym również z odpadów materacu, który później obłożyłem owatą.

Najmniejsze kawałki pianki pociąłem drobno i przerobiłem na wypełnienie.

Wypchany wałek zamknąłem piankowym kółkiem. Użyłem do tego uniwersalnego kleju kontaktowego.

Pierwsza przymiarka jeszcze przed wykończeniem boków ławki ozdobną listewką i malowaniem. Materac już oklejony owatą.

Gotowe!

Zanim wystawiłem ławkę na zewnątrz, we wszystkie cztery nogi wkręciłem tworzywowe stopki, które oprócz tego, że uniemożliwią nóżkom chłonięcie wody, pozwolą na wypoziomowanie mebla w sytuacji, gdy trafi on na nierówne podłoże. Mój taras jest zadaszony, ale przez to, że kolumny podtrzymujące strop mierzą trzy i pół metra wysokości, w trakcie intensywnego i zacinającego deszczu znajdujące się pod nim rzeczy mogą zostać pomoczone. Na dniach uszyję więc jakiś prosty pokrowiec z wodoodpornego płótna, który w kilka chwil będę mógł zarzucić na mebel.

Zrobienie ławki wymagało ode mnie poświęcenia kilkunastu dni i pochłonęło około trzystu złotych, za które kupiłem len oraz drobiazgi takie jak wkręty i laufry. Samą konstrukcję (bez wypełnień, siedziska i detali) skręciłem w kilkanaście godzin, z kolei malowanie i woskowanie z uwagi na konieczność odczekania niezbędnego do wyschnięcia nałożonych powłok czasu trwało dwa dni – tyle samo, co szycie. Poszukiwanie inspiracji i planowanie było najdłuższe, bo zajęło mi aż pięć dni. Czas mogącej trwać krótko fizycznej pracy nad stworzeniem jakiegoś obiektu (tj. cięcie drewna, wbijanie gwoździ, szlifowanie itd.) nie jest czasem trwania całego procesu, na którego końcu oglądamy efekt, czyli ten obiekt. Każdy z etapów pracy mający wpływ na kształt tego, co tworzymy, musi najzwyczajniej zająć krótszą lub dłuższą chwilę. Bywa, że coś, co uda nam się zaplanować w trakcie realizacji, okazuje się nie do końca odpowiednie. Nie pozostaje wtedy nic innego, jak zrobienie kroku wstecz i zaplanowanie danego zadania od nowa – też tak czasami macie?

Biegnę na taras! P.

3 Comments

  • Reply
    Marlena
    24 Sierpień 2020 at 20:16

    Wspaniała robota , gratuluję ❤️

  • Reply
    Marta
    25 Lipiec 2020 at 10:50

    ale cudeńko! zachwycająca 🙂 kicia też rzecz jasna!

  • Leave a Reply

    4 + four =

    error: