RENOWACJE

Stół kuchenny

Na pewno wielu z Was widziało już wcześniej stół, który odnowiłem tym razem. Przewijał się cały lub w kadrach na blogu, Facebooku, katalogach, czy magazynach – był centralną częścią mojego warsztatu i to właśnie na nim przez prawie trzy lata odnawiałem starocie, które później mogliście oglądać w nowych postach. Jego historia jest jednak znacznie dłuższa. Zupełnie przypadkowo udało mi się przechwycić go w momencie, gdy jako jeden z wielu mebli ładowany był na przyczepkę przez ludzi opróżniających i przygotowujących na sprzedaż bardzo stary ceglany dom na wsi. Stół podobnie jak cała masa innych pięknych staroci miał trafić na piłę i do pieca. 

Stan mebla nie był najciekawszy (delikatnie mówiąc). Nigdy jeszcze nie widziałem tylu warstw farby olejnej! Ostre kanty nóg, czy łączyn były zaokrąglone przez ich ilość. Masa wgnieceń, obić, popękana i spróchniała półka, blat w którym każda z desek wypaczona była w inną stronę – idealne stanowisko do brudnej roboty ;-) Mebel miał w sobie jednak coś, co czyniło go wyjątkowym. Spod blatu można było wysunąć dużą szufladę z dwoma otworami na miednice!

Wpadłem na pomysł, żeby odnowić stół w miarę możliwości tak, by przypominał swoją pierwotną wersję i wykorzystać go jako wyspę w kuchni.

Czekało mnie tyle pracy, że nie wiedziałem od czego zacząć. Żeby ruszyć i pierwsze kroki mieć za sobą, postanowiłem najpierw odsłonić drewno na blacie pokryte czymś w rodzaju cienkiej dykty, pod którą było płótno workowe przyklejone na grubą warstwę bliżej nieokreślonego kruszącego się lepca. Chciałem sprawdzić, czy da się coś z nim zrobić. Pod spodem znalazłem zapiski ołówkiem – niestety, nie udało mi się ich odczytać. Drewno oczyściłem wstępnie za pomocą cykliny, ale niestety, nie nadawało się do niczego. Jego struktura w środku bardziej przypominała gąbkę, niż włókna. Nie było niczym zaimpregnowane od spodu, zatem hulaj dusza, piekła nie ma! Kanalik na kanaliku, z których przy nawet lekkim poruszeniu sypał się pył. Do pieca. Podobnie było z półką dolną.

Cztery nogi, łączyny, oskrzynia i szuflada były w nieco lepszej kondycji, zabezpieczały je w końcu niezliczone warstwy olejnicy w różnych odcieniach bieli i zieleni. Poradziłem sobie z nimi ogrzewając powierzchnię drewna opalarką i zdejmując plastyczną powłokę skrobakiem oraz cykliną. Zauważyłem, że jedna z charakterystycznie zakończonych nóg, była zdecydowanie bardziej obła, bez ostrych krawędzi. Pomyślałem, że być może została obita, albo poogryzana przez domowe czworonogi. Po zdjęciu farby okazało się, że… jest spalona! Najciekawsze było to, że zwęglone fragmenty przykryte były tą samą ilością powłok, co reszta elementów. Przypalone miejsca na szczęście wystarczyło jedynie delikatnie zeszlifować.

Bałem się, że próby rozbicia stołu na elementy przy osłabionym drewnie mogą się źle skończyć, więc pracowałem na całości. Wszystkie połączenia (oryginalnie głównie na gwoździe) poluzowałem w późniejszych etapach i solidnie skleiłem. Po zdjęciu farby starą sosnę wyszorowałem dokładnie wodą z szarym mydłem, dzięki czemu zmyłem z niej sporo brudu – od razu zaczęła lepiej wyglądać. Po wyschnięciu przyszedł czas na szpachlowanie. Na całe szczęście stół miał być malowany kryjącą farbą, w przeciwnym wypadku byłoby widać jedynie niezliczoną ilość łat i łatek. Wypełnianie ubytków zajęło mi aż trzy dni! Dopiero gdy wszystkie wypełnione miejsca dobrze wyschły, zająłem się szlifowaniem. Za jednym zamachem zdjąłem więc nadmiar masy szpachlowej, doczyściłem i wygładziłem powierzchnię drewna.

W tak zwanym międzyczasie zrobiłem nowy blat i półkę. Wykorzystałem do tego klejonkę sosnową. W przypadku półki wystarczyło ją dociąć tak, by weszła między cztery nogi i oparła się na łączynach. Blat wymagał więcej pracy. Zdecydowałem, że jego krawędzie wykończę ozdobną drewnianą listwą, którą wystarczyło dociąć pod kątem 45 stopni i przykleić. Bardzo chciałem, by powierzchnia blatu przypominała nieco stare, ciężkie dechy, więc na wierzch nakleiłem trzy pasy naturalnej okleiny sosnowej. Wykorzystałem w tym celu klej kontaktowy zgodnie z tym, co na opakowaniu napisał jego producent. Po związaniu konieczne było docięcie i wyszlifowanie wystających poza obrys blatu kilkumilimetrowych krawędzi okleiny. Gotowy element polakierowałem bezbarwnie trzy razy matowiąc go przed położeniem każdej kolejnej warstwy i zostawiłem do wyschnięcia. Ze względu na fakt, że stół miał pełnić rolę wyspy kuchennej, dobrałem lakier, który może mieć kontakt z żywnością.

Wracam do nóg, oskrzyni i szuflady. Wypełniony i wyszlifowany szkielet przetarłem denaturatem i po wyschnięciu położyłem pierwszą warstwę farby. Użyłem białej emalii akrylowej do drewna odpornej na uszkodzenia mechaniczne, czyli takiej, która w razie powstania obić, czy wgnieceń w trakcie użytkowania nie pęknie, a przyjmie kształt powierzchni. Oczywiście od razu na pierwszy plan zaczęły wychodzić kolejne ubytki, których nie zauważyłem wcześniej. Liczyłem się z tym, więc po raz kolejny chwyciłem słoiczek masy szpachlowej i zaklejałem wszystko, co było widoczne. Po przeszlifowaniu i położeniu drugiej warstwy farby było już ok! Teraz tylko musiałem uzbroić się w cierpliwość i nałożyć tyle warstw, żeby uzyskać równy kolor i satynowy połysk.

Na tym etapie praca była niemal skończona. Musiałem jeszcze zamontować nową półkę i blat. W oryginale przymocowano je za pomocą długich gwoździ., a ja wykorzystałem wkręty meblowe. Szuflada potrzebowała nowych klocków, które będą blokowały ją na prowadnicach tak, by nie wypadła oraz uchwytów. Dzięki śladom na drewnie, wiedziałem, że dawniej były nimi dwie gałki z okrągłymi rozetkami. Nie miałem pojęcia jak wyglądały, ale do białego i prostego stołu postanowiłem dopasować rustykalne uchwyty z żeliwa. W Internecie znalazłem też dwie emaliowane miednice idealnie pasujące do otworów i mieszczące się w oskrzyni, gdy szuflada jest zamknięta.

Po wstawieniu stołu do kuchni okazało się jednak, że blat jest zbyt sterylny i razi w oczy „nowością”. Nie chciałem go szlifować, że względu na okleinę, czy frezowaną listwę dookoła, więc znalazłem lakier z pigmentem na takiej samej bazie, jak ten, którym zabezpieczyłem drewno wcześniej. Dwie warstwy spowodowały, że stół nabrał zdecydowanie lepszego wyglądu. Kolor blatu niemal zlał się z kolorem surowych starych i oryginalnych elementów pozostawionych wewnątrz szuflady. Rysunek okleiny został podkreślony i wyostrzony, a lakier, który zgromadził się w porach nadał powierzchni efekt wyszlifowanej starej dechy – o to chodziło!

Odnowiony stół sprawdza się jako kuchenna wyspa, która zapewnia kawałek dodatkowego miejsca i – ze względu na swoją ażurową konstrukcję – nie zaciemnia pomieszczenia. Chociaż jego dolna półka nie pozwala na całkowite dosunięcie do niego krzeseł lub taboretów, można przy nim wygodnie usiąść.

Przypomina mi lato i wakacje spędzane na wsi :-)

Paweł

 

1 Comment

  • Reply
    drewniak
    18 października 2016 at 11:53

    Witam. Bardzo treściwy blog. Takie lubię. Polecam również roman.drewniak80@gmail.com Masa przydatnych info.

  • Leave a Reply