RENOWACJE

Odnowiłem drzwi

Słyszeliście, że dawniej w niektórych wiejskich domach wstawiano niskie – w porównaniu ze standardowymi – drzwi i montowano nad nimi kapliczki lub figury Matki Boskiej? Podobno robiono tak na wypadek, gdyby pod strzechę zawitał niewierny, który z uwagi na niewysokie przejście musiał pochylić się przed strzegącą budynku postacią, aby nie oberwać w głowę. Sprytne, prawda? Dowiedziałem się o tym podczas zakulisowego spotkania z miłośnikami staroci obecnymi na moim wykładzie o odnawianiu mebli w Concordia Design w kwietniu 2017 roku. W czasie rozmów o starych mieszkaniach, remontach kamienic i domów pochwaliłem się, że mam upatrzone piękne drzwi do mojego warsztatu, ale – choć w dobrych na moje oko proporcjach – mierzące jedynie 181 centymetrów wysokości, na co nie umiałem znaleźć wytłumaczenia. Ku mojemu zdziwieniu, jedna z uczestniczek spotkania powiedziała mi o zwyczaju, który opisałem Wam wyżej. Niesamowicie spodobało mi się to, że mam do czynienia z tak oczywistym elementem budynku, który kryje w sobie tak wyjątkową historię i jest taki, a nie inny w jakimś celu, po coś. Tuż po trwającym ponad godzinę posiedzeniu drzwi były moje. 

Zapraszam na post!

Zaraz po dostarczeniu drzwi przez firmę transportową, zdjąłem z nich folię i oparłem je o ścianę w holu domu, by poczekały, aż przyjdzie czas na ich wstawienie (do wbicia pierwszej łopaty przy kopaniu fundamentu mojej pracowni upłynęły od tego momentu jeszcze ponad trzy miesiące!). Swoją zdobycz obejrzałem ogólnie, weryfikując, czy zgadza się z tym, co widziałem na zdjęciach. Drewno oczyszczone, zamek jest, pojedyncze otwory po drewnojadach też, płycin brak, ościeżnicy brak – wszystko się zgadza. Po zdjęciu miar i wyliczeniu otworu, który potrzebny był na ich montaż, narysowałem elewację frontową w projekcie.

Na początek ościeżnica

Przed odnowieniem drzwi, postanowiłem zrobić brakującą ościeżnicę. Pozostałe po budowie domu deski grube na 60 mm i szerokie na 200 mm, przyciąłem na odpowiedni wymiar, a na ich końcach wyciąłem proste wczepy, które skleiłem, zakołkowałem i zbiłem długimi gwoździami ciesielskimi. Po przymierzeniu drzwi w celu zaznaczenia miejsc odpowiednich do przytwierdzenia zawiasów, pomalowałem drewnianą ramę na biało i kilka dni później wstawiłem w otwór w ścianie budynku.

Nie wszystko złoto…

Nie ukrywam, że byłem nieco przerażony, gdy po ułożeniu skrzydeł drzwi na kozłach i obejrzeniu ich pierwszy raz z bardzo bliska od spodu, zauważyłem ślady piły tarczowej… tak, tak! Drzwi zostały dyskretnie obcięte, prawdopodobnie z uwagi na to, że drewno u dołu było bardzo zniszczone. Pomyślałem, że nieźle się wpakowałem. Budynek stoi, ościeżnica czeka na wstawienie drzwi i nagle okazuje się, że mam przed sobą obiekt z zatuszowaną przeróbką. Wcześniej niczego nie podejrzewałem, ponieważ proporcje i wysokość, na której umieszczono zamek, nie wzbudziły moich podejrzeń. O co tu chodzi?! Dopiero, gdy odkręciłem dwie zasuwy zobaczyłem, że oryginalne otwory powstałe w wyniku ich zamocowania znajdują się centymetr niżej. Mogło być dużo gorzej. Uff.

Chcąc upewnić się, że w kanalikach wydrążonych przez drewnojany nie ma jaj i larw oraz by zniechęcić wszelkich nieproszonych gości do atakowania drewna, oba skrzydła zatrułem preparatem biobójczym i zostawiłem zafoliowane na dwa tygodnie.

Podczas tej renowacji miałem wrażenie – chyba po raz pierwszy w życiu – że niedoskonałości, pęknięcia i ruszające się bądź odpadające elementy pojawiały się znikąd nagle i w podwojonej ilości po każdym dopiero co załatanym, bądź sklejonym miejscu.

We wszystkie otwory po insektach wstrzyknąłem żywicę, której użyłem do wzmocnienia okien z poprzedniego posta, a po jej wyschnięciu uzupełniłem je wodoodporną masą szpachlową. Szpachlówką wyretuszowałem też inne drobniejsze ubytki. Te większe wymagały wklejenia fragmentów drewna – gdybym wsadził w nie masę, mogłaby ona bardzo szybko popękać i wykruszać się. Przygotowując miejsca na wstawki, geometryzowałem dany ubytek, czyli nadawałem mu regularny kształt (kwadrat lub prostokąt) posługując się dłutem i nożem, by następnie móc dopasować i wkleić nowy kawałek materiału.

Na tym etapie pracy zadbałem także o sklejenie delikatnie ruszających się listew przymykowych i ozdabiających je głowiczek, które wcześniej także wypełniłem w kilku miejscach masą. Wszystkie te elementy docisnąłem ściskami stolarskimi i pozostawiłem do związania.

Okucia

Odkręcone wcześniej zasuwki były nieruchome. Na całe szczęście nie miały na sobie żadnych farb ani innych starych wykończeń. W celu ich odświeżenia zanurzyłem je na moment w odrdzewiaczu, a później przetarłem wełną stalową i naoliwiłem. Nie robiłem tego z przesadnym uporem w dążeniu do przywrócenia im idealnego stanu wizualnego. Zostały nieco odświeżone i to wystarczyło, by zaczęły działać jak nowe! Pozostawione ślady patyny mają być dowodem na ich sędziwy wiek. Na zdjęciu „po” widzicie oryginalne wkręty, które podczas montażu zasuw wymieniłem na nowe, ale dokładnie tego samego typu.

Tu będą płyciny.

Bardzo długo zastanawiałem się, co zrobić z pustymi miejscami w górnych partiach skrzydeł. Oglądając ramki i analizując dość często i wnikliwie ślady, które na nich pozostały, wywnioskowałem, że wcześniej była tam raczej drewniana płyta, a nie na przykład szyba, o której myślałem, widząc drzwi jeszcze na aukcji. By sprawdzić, czy te dobrze zaprezentują się po zabudowaniu pustych przestrzeni płycinami, wykonałem kilka ręcznych szkiców, a następnie zamówiłem grube na 12 mm formatki z wodoodpornej sklejki iglastej, które wkleiłem w skrzydła. Po zamocowaniu (oryginalnych z przodu, a nowych z tyłu) ozdobnych listew maskujących dookoła nowych płycin, uznałem, że drzwi wyglądają dobrze. Ich niewielkie i lekkie wizualnie gabaryty zyskały przez ten zabieg nieco masy. Przez dłuższy czas myślałem o tym jak rozmalować nieco obydwa skrzydła, ponieważ doszedłem do wniosku, że brakuje im detalu. Obejrzałem potężne ilości kutych rozet (niektóre z nich nawet kupiłem, by przymierzyć je i ocenić na żywo), ale ostatecznie zdecydowałem się na ozdobienie płaszczyzn drewnianymi listewkami. Choć sposób, w jaki je ułożyłem, stanowił w dotychczas widzianych przeze mnie zabytkowych drzwiach konstrukcje utrzymujące szyby lub płyciny, a nie – tak jak u mnie – dekorację, postanowiłem mimo wszystko zrealizować swój pomysł. Pięknie frezowane listwy przykleiłem wodoodpornym klejem, a później – dla wzmocnienia i w ramach zabawy we wprowadzanie zupełnie drobnych szczegółów – przybiłem w równych odstępach mosiężnymi gwoździkami.

Malowanie

Do pomalowania moich drzwi wybrałem farbę Viva Garden w kolorze Pachnący Jałowiec, który z całej, szerokiej palety barw tego produktu podoba mi się chyba najbardziej. Farbę miałem okazję przetestować już wcześniej i wiedziałem, że mogę przystąpić do pracy bez obaw o nikłą trwałość produktu. Wszystkie pięć warstw (!!!) nałożyłem gęstym syntetycznym pędzlem, prowadząc go zgodnie z kierunkiem usłojenia i starając się dotrzeć w najmniejsze zakamarki konstrukcji.

Podobnie jak podczas pracy z oknami, po zaaplikowaniu pierwszej warstwy farby w oczy zaczęły rzucać się pojedyncze otwory po drewnojadach i wszelkie drobne szczelinki w momentach styków poszczególnych elementów drzwi. Chcąc zapobiec dostawaniu się w nie wody, wypełniłem wszystkie odporną na wysokie i niskie temperatury (oraz wodę) masą akrylową, którą po wyschnięciu bez najmniejszego problemu pokryłem kolorem.

Jeszcze okapniki!

Ze względu na to, że drzwi zostały delikatnie podcięte, ich dolna linia nie była zbyt równa. Skorygowałem ją, dodając fragmenty drewna od spodu i modelując prostą krawędź. Przyglądając się pomalowanej całości naszły mnie wątpliwości, czy efekt mojej pracy wystawiony na działanie czynników zewnętrznych nie zostanie zbyt szybko zniszczony. Dmuchając na zimne, porwałem się na dodanie drewnianego okapnika osłaniającego mój – jak by nie patrzeć – patchwork. Specjalnie wyprofilowaną listwę przyciętą na odpowiadający mi wymiar zaimpregnowałem, pokryłem warstwą żywicy, pomalowałem trzykrotnie (trwało to cztery dni, choć tutaj mieści się w zaledwie sześciu słowach), a później przykleiłem, maskując widoczne linie styku między łączonymi częściami. Dla wzbogacenia detalu przybiłem nowe okapniki za pomocą kutych gwoździ z ozdobnymi łbami. Miejsca, w których planowałem je umieścić, przewierciłem wcześniej, by zapobiec ewentualnemu uszkodzeniu listwy podczas wbijania.

Gotowe!

Po zawieszeniu drzwi trzeba było je jeszcze nieco wyregulować. Stary zamek, z którym do mnie przyjechały, nie posiadał klucza (nie udało mi się znaleźć żadnego pasującego), więc w ostatniej chwili wymieniłem go na nowy w tym samym typie i wymiarach. Do moich miętowych drzwi dobrałem lekką w formie kutą klamkę z długim szyldem. Wcześniej planowałem zamontowanie dużo bardziej dekoracyjnej wyglądającej jak liść, ale zbyt silnie dominowała nad całością.

Wejście do budynku podkreśliłem ozdobnymi listwami elewacyjnymi. Zrobiłem z nich opaskę i niski trójkątny fronton. Próbowałem też odtworzyć niewielką kapliczkę z Maryjką na bazie znalezionych w sieci i zrobionych na wsiach zdjęć, zgodnie z tym, co opisałem we wstępie. Udało mi się nawet znaleźć odpowiednią figurę sygnowaną datą 1938, ale próby wkomponowania jej w elewację tak, by wpisała się w jej proporcje pozostały jedynie próbami – nie chciałem przedobrzyć. Nad drzwiami umieściłem za  to datę 1917 – na pewno zastanawiacie się dlaczego. Wszystko wyjaśnię niebawem, gdy zaproszę Was na materiał o tym, jak budowałem moją pracownię.

Paweł

1 Comment

  • Reply
    Tomasz
    4 grudnia 2018 at 12:58

    Rewelacyjna robota!

  • Leave a Reply

    error: