RENOWACJE

Fotel na mosiężnych kółkach. Część druga

Zapraszam Was na drugą część wpisu o fotelu na mosiężnych kółkach – jednym z dwóch, które jakiś czas temu kupiłem w sieci za trzydzieści pięć złotych sztuka. W części pierwszej posta opisywałem moje zmagania związanie głównie z demontażem mebla, a w tej postaram się pokazać, jak wyglądała praca przy odtwarzaniu możliwie najbardziej zbliżonego do oryginału fasonu z wykorzystaniem niemal identycznych ze starymi technik i materiałów.

Zanim jednak będę życzył Wam dobrej lektury, pochwalę się skarbem, który odkryłem, składając fotel „na sucho”, czyli na próbę, przed sklejeniem. Spójrzcie na zdjęcie poniżej. Na wewnętrznej stronie przedniej listwy siedziska znalazłem (jak to się stało, że dopiero teraz?!) podpis albo jakieś oznaczenie napisane ręcznie ołówkiem – piękne! Niestety, nie potrafię rozszyfrować tego znaku. Sfotografowałem go do góry nogami, bo w takim układzie najbardziej przypominał słowo – gest i sposób prowadzenia ołówka właśnie w tej pozycji skojarzyły mi się z napisem. Pismo wygląda na stare, ale pewnie nigdy nie dowiem się niczego więcej. To nic. Tak czy inaczej, traktuję znaleziony znak, jak najcenniejszy w świecie detal. A teraz…

Zapraszam na post!

Trochę kleju tu i tam

Pokryte środkiem na drewnojady i owinięte folią elementy fotela zostawiłem na cztery dni. Później, po zdjęciu folii drewno odparowywało kolejne dwie doby. Zanim przeszedłem do tego, na co czekałem najbardziej, czyli do podjęcia prób odtworzenia formy siedziska i oparcia, musiałem przebrnąć przez kilka drobnych prac niezbędnych do tego, by drewniana konstrukcja mojego staruszka stanęła jako stabilna i mocno trzymająca się całość.

Korzystając ze szpachelek i dłutek wcisnąłem klej we wszystkie pęknięcia i odstające drzazgi, które zauważyłem w trakcie dotychczasowej pracy. Aplikacja kleju w niektórych miejscach wymagała rozszerzenia szczelin, ale poradziłem sobie z tym, wciskając w nie nieduży śrubokręt lub dłutko. Udało mi się też wkleić kilka małych kawałeczków drewna, które ukruszyły się i odpadły w czasie demontażu. Każde posmarowane klejem miejsce chwyciłem ściskiem i zostawiłem do wyschnięcia.

W tak zwanym międzyczasie wypełniłem masą szpachlową widoczne na przednich i tylnych nóżkach otwory wydrążone niegdyś przez drewnojady. Masę wciskałem w mierzące nieco ponad milimetr średnicy dziurki palcami.

Szkielet fotela skleiłem i unieruchomiłem ściskiem taśmowym i kilkoma mniejszymi – zwykłymi, przytrzymującymi listewki biegnące na ukos po lewej i prawej stronie z przodu ramy siedziska. W puste miejsca po odwierconych kołkach wsadziłem nowe – tym razem niestrugane, a gotowe ryflowane z drewna bukowego, których średnica idealnie wypełniła powstałe w czasie demontażu kanały.

Nóżki w pełnym połysku!

Jeszcze przed zabraniem się za odnowienie fotela ustaliłem, że nóżki podobnie, jak wtedy gdy pracowałem nad „Fotelem Różanym” oczyszczę i wybarwię na ciemny orzech, który później pokryję woskiem, by po wypolerowaniu nadać drewnianym powierzchniom satynowego wykończenia. Plany te uległy małej modyfikacji.

Oszlifowane drobnym papierem ściernym nogi pokryłem – tak jak chciałem – orzechową bejcą. Pierwsza warstwa koloru niemal natychmiast wsiąkła w drewno, ale druga (uznałem, że jest potrzebna) już nie wnikała tak łatwo. W głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Użyłem bejcy na bazie terpentyny i oleju lnianego, a wosk, którym zamierzałem pokryć nóżki, również w swoim składzie miał terpentynę. Jak ma się jedno do drugiego? Aplikując wosk, zmywałbym jednocześnie nałożony przed momentem kolor. Zrobiłem nawet próbę, która potwierdziła moje przewidywania. No dobrze, co teraz? Mógłbym użyć satynowego bezbarwnego lakieru akrylowego – byłoby najprościej, ale w tym wypadku raczej nie spodziewałbym się pogłębienia barwy i struktury drewna, co na pewno spowodowałby wosk i na czym tak bardzo mi zależało. Lakier po wyschnięciu stworzyłby niemal niewidoczną powłokę. Przez moment myślałem o położeniu politury, która, choć byłaby szlachetna i błyszcząca (ja myślałem przecież o satynowym wykończeniu) podbiłaby kolor drewna. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten połysk, względem którego cały czas miałem wątpliwości. Wizja zaplanowanej na samym początku woskowej satyny naprawdę bardzo mocno utkwiła mi w głowie. Zacząłem zastanawiać się, czy mam jeszcze jakieś inne rozwiązania i przypomniałem sobie o lakierze jachtowym, którym nie tak dawno temu zabezpieczałem jesionowe lustro przeznaczone do łazienki. Dysponowałem wersją z pełnym połyskiem, ale ten po wyschnięciu powłoki można było bez problemu ograniczyć choćby przez wypolerowanie powierzchni drobną wełną stalową. Za zaletę tego specyfiku wziąłem również to, że podobnie jak wosk czy politura po nałożeniu na drewno pogłębi on jego barwę i wyostrzy rysunek.

Zabarwione bejcą nóżki pokryłem dwiema cieniutkimi warstwami lakieru. Pędzel, którym go rozprowadzałem, nie był nawet zamaczany w preparacie, a jedynie dotykałem jego włosiem tafli lakieru, który miałem w puszce. Na czubku pędzla były więc tylko drobniutkie, prawie niewidoczne kropelki – zobaczycie to na jednym ze zdjęć poniżej. Po wyschnięciu lakieru zabrałem się za zmatowienie jego lśniącej powłoki. Zgodnie z planem przetarłem nóżki wełną stalową i choć osiągnąłem zamierzony satynowy efekt, uznałem, że… to zupełnie nie to! A przecież tak uparcie do tego dążyłem. Odrzucany od początku połysk okazał się wykończeniem podkreślającym piękną formę nóżek i dodającym im naprawdę sporo życia. Pewnie już wiecie, co zrobiłem – położyłem trzecią cieniutką, lśniącą warstwę lakieru. Nie da się ukryć, że była to wydłużona droga naokoło, ale gdybym jej nie przeszedł, nie miałbym okazji dotknąć i sprawdzić tego, o czym napisałem wyżej.

Po dwudziestu czterech godzinach (na tyle zostawiłem lakier do wyschnięcia) osadziłem w przednich nóżkach odzyskane wcześniej mosiężne kółeczka.

O tym, jak przybiłem pasy

Nareszcie! Mogłem w końcu zabrać się za odtwarzanie tego, czego pozbyłem się podczas demontażu. Wszystkie wyjęte wtedy materiały odłożyłem sobie na bok, po to, by w razie jakichkolwiek wątpliwości móc oglądać je, mierzyć i porównywać z tymi, które zamierzałem wykorzystać, instalując nowe wnętrzności. Pierwszym zadaniem było przybicie pasów. Znalazłem niemal identyczne z oryginalnymi, czyli jutowe i mierzące 85 milimetrów szerokości. Jak je przybiłem? To bardzo proste – spójrzcie na zdjęcia opatrzone opisami:

— 1 —

Koniec pasa (w całości – nie dzieląc go na krótsze, gotowe do montażu odcinki) przyłożyłem od spodu do ramki tworzącej siedzisko i przybiłem rządkiem tapicerskich gwoździ.

***

— 2 —

Zawinąłem pas tak, by schować do wewnątrz moment cięcia…

***

— 3 —

…i ponownie przybiłem, tworząc z gwoździków dwa kolejne rządki. Przy tak zamocowanych pasach często spotyka się fragmenty tekturki tapicerskiej. W moim fotelu ich nie było, zatem i ja postanowiłem przybić świeże taśmy bez nich.

***

— 4 —

Pas naciągałem (po przeciwnej stronie), korzystając z drewnianego klocka, z którego robiłem rodzaj dźwigni, owijając go jutową taśmą i stawiając na krawędzi ramki siedziska.

***

— 5 —

Naciągnięty pas (podobnie, jak jego przeciwległy koniec) przybijałem rządkiem gwoździ…

***

— 6 —

…odcinałem, a później już tylko zawijałem i mocowałem kolejnymi gwoździkami tak, jak widać to w punktach od 1 do 3.

***

— 7 —

Pasy poprowadziłem też w przeciwnym kierunku, przeplatając je. Sposób ich przybijania był dokładnie taki sam, jak przedstawiony wyżej.

***

Na początek siedzisko

Przecięcia przybitych przed momentem pasów były punktami, na których ustawiłem sprężyny. Każdą z nich przyszyłem do pasów lnianą dratwą. Dotychczas najczęściej zdarzało mi się „łapać” podstawy sprężyn jedynie w czterech miejscach (góra, dół, prawa, lewa), ale w tym przypadku szyłem nieco gęściej – tak, jak było w oryginale. Jedna sprężyna trzymana była w sześciu – ośmiu miejscach.

Przystępując do wiązania górnych zwojów, by nadać kształt siedzisku, zorientowałem się, że zapomniałem o jednej ważnej rzeczy: nie kupiłem sznurka! Aby nie tracić czasu, postanowiłem rozkręcić jutową linę, której całkiem sporą ilość miałem w pracowni. Jeżeli chodzi o samo wiązanie sprężyn – sznurek prowadziłem najpierw w pionach, później w poziomach i po skosach robiąc supełek na każdym zetknięciu ze sprężyną i ze sznurkiem, który poprowadziłem przed chwilą. Muszę przyznać, że to bardzo odstresowujące zajęcie. Końce każdego ze sznurków (dopiero wtedy, kiedy sprężyny były powiązane od góry i tworzyły rodzaj formatki) przywiązywałem do wbitych w ramkę siedziska gwoździ, naciągając cały układ tak, by zamienić go we w miarę symetryczną, równą kopułkę.

Związane sprężyny przykryłem płótnem jutowym. Przybiłem je dookoła, zaginając nadmiar do środka. Wcześniej w tym miejscu znalazła się gruba bawełna stanowiąca fragment jakiejś części garderoby. Na jucie mogłem zacząć układać trawę morską. Pamiętajcie o tym, by nie dać się zwieść wrażeniu, że niewielka ilość tego wypełnienia tworzy gotowy kształt mebla. By zbudować trzymające formę siedzisko, czy inny element, warto jest poświęcić trochę czasu na porządne upakowanie trawy morskiej. Wypełnienie to nie jest tak sprężyste, jak pianka PU i jeżeli włoży się go zbyt mało, szczególnie na siedzisku, może okazać się, że pierwsza próba spoczęcia na takim meblu zakończy się niemałą deformacją jego formy – trawa najzwyczajniej się ubije. Przekonałem się o tym kilka razy, gdy nie mając wiedzy, jak powinna taka praca wyglądać, podejmowałem „na czuja” swoje pierwsze próby ratowania różnych rzeczy z wykorzystaniem tej właśnie techniki.

Na sporą górę morskiej trawy położyłem kawałek surówki bawełnianej i przybiłem ją do boków ramki siedziska. Zamknąłem w ten sposób pierwszą partię wypełnienia. Siedzisko przeszyłem następnie dratwą: najpierw z przodu i po bokach formując krawędź, a następnie na wierzchu – po to, by unieruchomić znajdujące się wewnątrz włókno. Szycie zobaczycie na zdjęciach, które – mam nadzieję – pozwolą Wam także zauważyć, jak zmniejszyła się objętość siedziska od chwili ułożenia na nim trawy morskiej do zakończenia szycia.

Oparcie w części odzyskane

Wewnątrz ramki tworzącej oparcie fotela rozciągnąłem sznurek, podobnie jak zrobiono to dawniej, czyli prowadząc trzy nitki pionowo i dwie poziomo. Każdą z nich przywiązałem do gwoździ wbitych nieopodal miejsc, w których znajdowały się te pierwsze – oryginalne. Na ramkę nabiłem płótno jutowe tak, by jego odrobina wystawała po bokach i u góry oparcia. W nadmiary boczne zawinąłem wałki, które skręciłem z trawy morskiej. U góry zaś musiałem wymodelować kształt zbliżony w poprzecznym przekroju do łezki tak, aby u szczytu listwy niemal stapiał się z nią. Oryginalne wypełnienia, czyli wałeczki i „łezka” zachowały się nawet nieźle, ale wykonano je z siana, które w czasie dotykania, oglądania i przymierzania kruszyło się już ze starości, dlatego zastąpiłem je nowymi, zrobionymi własnoręcznie. Odzyskałem za to wypełnienie oparcia, czyli partię trawy morskiej upakowanej na nabitym i wspartym na sznurkach jutowym płótnie. Nie planowałem tego. Gdy byłem gotów do wypełnienia oparcia nową trawą morską, przymierzyłem z ciekawości to stare, które… idealnie pasowało! Trzymające kształt wiekowe wypełnienie wskoczyło na nowe miejsce tak, jak brakujący element układanki. Uznałem, że skoro oryginalna partia trawy morskiej wyjęta z oparcia zachowała się naprawdę świetnie, nie kruszy się i nie śmierdzi, wykorzystam ją. Pierwotnie ta część trzymana była na właściwej pozycji jedynie przez fragment płótna. Ja zdecydowałem się unieruchomić ją poprzez przyszycie do nabitej pod spodem juty. Wypłaszczenie nieco wypukłego docelowo kształtu tego elementu powstałe w wyniku poprowadzenia zapewniającej unieruchomienie dratwy uzupełniłem, dokładając trochę nowej trawy morskiej. Oparcie obiłem kawałkiem cienkiej bawełnianej surówki.

Wrócę jeszcze do siedziska…

Gdy miałem już wymodelowane i obite na biało oparcie wróciłem na moment do siedziska, które wymagało dołożenia wierzchniej warstwy z trawy morskiej. Pracując na meblu, który ma już oparcie, było mi znacznie łatwiej rozstrzygać wszelkie kwestie związane z proporcjami i kształtem. Myślę, że gdybym chciał zrobić siedzisko za jednym podejściem i przesadziłbym z ilością dołożonego wypełnienia – co okazałoby się dopiero po montażu oparcia – musiałbym odpruć wierzch i modelować go od nowa. Na przepikowanym siedzisku zacząłem układać trawę morską. Przykryłem ją – wzorując się na tym, co było oryginalnie – płótnem nieco grubszym niż surówka bawełniana, którą wykorzystywałem dotychczas. Płótno – z przodu i po bokach – zawijałem pod spód, pod partię nałożonej przed chwilą trawy morskiej sprawdzając co chwilę, czy kształt siedziska jest wystarczająco pełny i równy a tworzący go materiał odpowiednio gęsto upakowany. Gdy tylko uznałem, że forma nowo nałożonej warstwy wygląda dobrze, przyszyłem ją ręcznie do płótna okrywającego warstwę poprzednią.

Ostatnia prosta

Dość długo biłem się z myślami w kwestiach związanych z doborem tkaniny obiciowej. Osobiście tego typu meble najbardziej podobają mi się w surowych wydaniach, czyli na przykład w samym płótnie bawełnianym, z widocznymi rzędami gwoździków, nitkami itd. – kiedy taki fotel wykonany jest z wykorzystaniem tradycyjnych technik, jego surowa wersja tj. jakby pozbawiona tkaniny obiciowej wydaje mi się bardzo szlachetna. Niestety w domu ze zwierzętami interesującymi się wszelkimi frędzelkami i innymi odstającymi elementami taka opcja w ogóle nie wchodziła w grę. Pomyślałem, że może ciekawym i bezpiecznym rozwiązaniem będzie znalezienie materiału grubego i wzorzystego. Dlaczego bezpiecznym? Tkanina rozbita wzorem zamaskowałaby ewentualne nierówności fasonu fotela. Taki bezpiecznik miałem w głowie jeszcze przed rozpoczęciem formowania siedziska i oparcia. Nie ukrywam tego, że budowanie kształtu mebla z trawy morskiej to coś, czego raczej nie robię na co dzień, a wszystko, co potrafię w tej dziedzinie, wynika z połączenia moich wnikliwych obserwacji i prób podejmowanych z różnym skutkiem w ciągu paru ostatnich lat.

Zanim jeszcze dostarczono mi foteliki, czyli dobre trzy lata temu, kupiłem przepiękny ciężki, lejący się len tapicerski wyprodukowany w Lancashire w Wielkiej Brytanii przez firmę Ian Mankin. To właśnie ten materiał przeznaczyłem wtedy na obicie foteli. Teraz musiałem podjąć decyzję: kupić coś wzorzystego, czy wykorzystać tkaninę czekającą na swoją kolej od dłuższego czasu? Zrobiłem próbę. Pomagając sobie szpilkami, przymierzyłem lniane płótno, by ocenić, czy konieczny jest ratunek w postaci wzorzystego retuszu. Byłem pozytywnie zaskoczony, kiedy zobaczyłem, że gładkie jednobarwne płótno naprawdę dobrze układa się na – jak się okazało – w miarę równym fasonie, a swoim wyglądem i strukturą nawiązuje nieco do surowych klimatów, które tak bardzo mi się podobają.

Kawałki czerwonego obicia zdjęte z mebla w czasie demontażu położyłem na nowej tkaninie, by wyciąć fragmenty na pokrycie siedziska, oparcia i plecków. Nie odrysowywałem starej tapicerki ani nie prowadziłem cięć precyzyjnie tuż przy linii starego materiału – kroiłem z lekkim zapasem, który mógłbym w późniejszych etapach usunąć lub podwinąć. Myślę, że zawsze lepiej odciąć centymetr lub dwa nadmiaru niż dojść do momentu, w którym tego centymetra zabraknie. Zacząłem od siedziska. Tkaninę ułożyłem w tym miejscu tak, by jej splot zachował pion i poziom, po czym przymocowałem ją w kilku miejscach, wbijając niewielkie tapicerskie gwoździki od spodu ramy siedziska. W narożnikach z przodu wyciąłem kliny stanowiące zbędny nadmiar i ułożyłem rozcięty materiał na zakładkę. Fragment płótna przeznaczony na oparcie ułożyłem na meblu, u dołu przeciągnąłem przez szczelinę między oparciem a siedziskiem i przybiłem (na razie niezbyt gęsto) do widocznej od tyłu listwy, do której była już przybita przeciągnięta przed chwilą tkanina okrywająca siedzisko. Idąc dalej, przybijałem materiał po bokach, starając się zachowywać pion i poziom w splocie, a jednocześnie naciągać tkaninę i usuwać jej nadmiar z powierzchni oparcia przekierowując do góry, by następnie przybić płótno do tylnej strony listwy u szczytu fotela. Na zaokrąglonych bokach udało mi się uformować rozchodzące się promieniście pliski. Być może brzmi to wszystko strasznie i skomplikowanie, ale wierzcie mi – była to całkiem niezła, choć wymagająca cierpliwości zabawa.

Zanim zająłem się trzecim kawałkiem tkaniny przygotowanym na plecki fotela, wypełniłem trawą morską szczelinę, czyli luźną przestrzeń na styku dolnej linii oparcia i tylnej linii siedziska. Miejsce to było wypełnione w wersji, którą demontowałem w taki sposób, że partię wsadzonej w nie trawy przytrzymywał jedynie przyszyty z tyłu materiał obiciowy. Ja obawiając się tego, że wypełnienie może odcisnąć się na moim szarym płótnie, zasłoniłem je dodatkowo kawałkiem surówki. Wspomniany trzeci fragment materiału przybiłem (a nie przyszyłem, jak było to zrobione wcześniej) rozbijając nieco jednolitą bryłę mebla drobnym, wprowadzającym odrobinę surowości detalem w postaci widocznych łebków tapicerskich gwoździ.

Ułożone na zakładkę przednie narożniki siedziska zszyłem ręcznie krytym ściegiem.

Gotowe!

Jako samouk w dziedzinie renowacji mebli cieszę się jak małe dziecko za każdym razem, gdy moja praca prowadzi do osiągnięcia zamierzonych rezultatów nawet wtedy, gdy proces realizacji danego pomysłu wymaga modyfikowania przyjętych przed wejściem do warsztatu założeń. Niemałą radość powoduje także możliwość realizacji zadań, które oprócz namacalnych i w pełni użytkowych efektów dają mi nową wiedzę i umiejętności. Bardzo lubię podejmować próby odtwarzania form mebli z wykorzystaniem starych technik takich jak wiązanie sprężyn i modelowanie kształtów z trawy morskiej czy siana, które uważam za bardzo wdzięczne i plastyczne, choć wymagające cierpliwości i skupienia materiały. Mam wrażenie, że z każdą kolejną pracą wymagającą posłużenia się nimi, poznaję coś nowego: sposób ułożenia, sposób przeszywania, by uzyskać określoną linię…

Fotel, który odnowiłem, zasilił grono mebli salonowych. Na co dzień zajmie miejsce przy jednym z okien, przez które widać południową część ogrodu, ale w każdej chwili będzie można zestawić go ze stojącymi w centralnej części przestrzeni sofami. Surowe, wyglądające na nieco sprane lniane płótno w naturalnej barwie sprzyja wyeksponowaniu formy mebla, pozwala „dojść do głosu” lśniącym, wybarwionym ciemnoorzechową bejcą nóżkom, z którymi tworzy całość niedominującą nad innymi obiektami znajdującymi się w pomieszczeniu.

Jestem bardzo zadowolony i ciekaw tego, czy i Wam się podoba!

P.

4 Comments

  • Reply
    Agga
    27 Październik 2020 at 13:55

    Ten napis to część albo raczej końcówka jakiegoś wyrazu po rosyjsku. C to polskie s a takie jakby małe b to miękki znak. To jakby jakiś czasownik w bezokoliczniku wskazujacy czynność jaka ma być wykonana z tą częścią drewna.

  • Reply
    Magda
    25 Październik 2020 at 17:51

    Świetny artykuł! Fotel wygląda fantastycznie.

    • Reply
      rzucpanokiem.pl
      25 Październik 2020 at 19:01

      Dziękuję, jest mi bardzo miło! Pozdrawiam 😉

    Leave a Reply

    13 − seven =

    error: