RENOWACJE

Biurko do renowacji

Za każdym razem, gdy podejmuję pracę, której efekty mają być takie, jak przedstawione w zakończeniu tego posta zastanawiam się, czy moje działania to renowacja – w końcu w rezultacie zniszczony mebel nienadający się do użytku znów może stać się funkcjonalny – czy może jedynie naprawa, bo przecież chwiejące się nogi stają się stabilne, ubytki w drewnie zostają uzupełnione i wyretuszowane, a wygląd – w moim odczuciu niepowtarzalny – cały czas sprawia wrażenie, że obiekt, który uznaję za gotowy ciągle wymaga pomocy. Podkreślam często, że uwielbiam niedoskonałości i wszelkie ślady świadczące o wieku mebli. Traktuję je jak najwyższej klasy unikatowe i niezwykle ciężkie do podrobienia detale, które pozostawił po sobie upływający czas. 

Zapraszam na post!

Historia renowacji, czy też próby ratowania biureczka, które zobaczycie za chwilę na zdjęciach, zaczęła się już w sierpniu ubiegłego roku. Poszukiwałem wtedy niedużego mebla z szufladą na drobiazgi. Obiekt idealny (tak przynajmniej myślałem) znalazłem na aukcji internetowej. Jego stan nie był najlepszy, ale czego spodziewać się po prawdziwie wysłużonym staruszku. Nie przypuszczałem jednak, że po otwarciu przesyłki zobaczę trzymającą się na słowo honoru konstrukcję, z której dosłownie sypała się mączka powstała w efekcie działania drewnojadów. Nie mam tu na myśli mrowia widocznych otworów, a obszary drewna zjedzone tak, jakby dany element (fragment oskrzyni czy nogi) był jedynie pudełeczkiem wypełnionym drzewnym pyłem. Próbowałem zwrócić bubel, lecz mając na głowie inne sprawy, po wysłaniu jednego, drugiego i trzeciego maila ze zdjęciami do sprzedawcy, pomyślałem, że rozbiorę biurko na części, by zajmowało mniej miejsca (z poszczególnych węzłów wyjąłem całkiem pokaźną kupkę kutych gwoździ), zatruję porządnie wszystkie elementy na wypadek, gdyby coś w nich przebywało, zawinę szczelnie w folię i przechowam do dnia, na który zaplanowano najbliższy wywóz odpadów wielkogabarytowych.

O wywózce śmieci zapomniałem, a części przeleżały aż do stycznia na poddaszu mojej pracowni. Wtedy też powrócił temat poszukiwań biurka z szufladą. Pomyślałem, że może, zanim wydam kolejne pieniądze, spróbuję zrobić coś z zafoliowanym pół roku wcześniej trupem. Po wrażeniach z sierpnia nie czułem tego zupełnie, ale mimo wszystko postanowiłem poświęcić nieco nerwów, czasu i energii. Kto nie ryzykuje…

Wiedząc, w jak znacznym stopniu zniszczony jest mebel, rozglądałem się za inspiracjami, które pomogłyby mi zadecydować o jego wyglądzie. Malować? Wypełniać? Wykańczać na błysk? Najlepszym rozwiązaniem byłoby zinwentaryzowanie go i skopiowanie, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Natknąłem się na bardzo stare wnętrza, w których podobne meble wyglądały tak, jakby stały w nich od zawsze (pewnie tak jest), a ostatnią rzeczą interesującą lokatorów był ich wygląd i kondycja. Znalezione „zdjęcia referencyjne” zadziałały na mnie jak woda na młyn i od razu wiedziałem, co mam zrobić z moim fantem.

Dolna półeczka nie była oryginalna. Została dorobiona z różnych deseczek i przymocowana do nóg na gwoździe. Mebel mógł służyć pierwotnie jako biurko lub sekretarzyk. Wnętrze szuflady nosi ślady po różnokolorowych tuszach i atramencie.

Na początek farba

Był to chyba jedyny etap, w którym ująłem cokolwiek ze starego wyglądu mebla (pomijając gwoździe, bez których nie rozłożyłbym go na części – te elementy powróciły jednak w większości na swoje miejsce, ale o tym za chwilę). Musztardowożółtą powłokę rozgrzałem najpierw opalarką, a później ściągałem szpachelką i cykliną. Nie robiłem tego z przesadną dbałością. Choć kolor farby zdecydowanie nie należy do moich ulubionych, jego drobniutkie resztki były gotowym „efektem postarzenia”, jeśli mogę to tak właśnie określić. Po zdjęciu farby, trzy części tworzące blat wyszczotkowałem, uwydatniając strukturę starego drewna, a nogi i oskrzynię potraktowałem szlifierką z drobnym papierem, żeby zlikwidować odstające zadziory. Wszystkie elementy umyłem wodą z szarym mydłem i pozostawiłem do wyschnięcia. Na ostatnim zdjęciu tej części możecie zobaczyć, jak wygląda w połowie umyta deska z dna szuflady. Jest czysta, ale nie pozbawiona wizualnych cech świadczących o jej wieku. Kto by pomyślał, że tak mało skomplikowany zabieg może być tak skuteczny! To dowód na to, że szlifierka nie jest jedynym słusznym wyjściem w walce o czyste drewno.

Klejenie i trochę nowego drewna

Pozbawione brudu i suche elementy biurka (konkretnie nogi z oskrzynią) skleiłem i pozostawiłem do wyschnięcia. Kiedy ustawiłem mebel na ziemi, zauważyłem, że każda z nóg ma nieco inną długość: jedna była w całości, drugiej brakowało dwudziestu pięciu, trzeciej piętnastu, a czwartej pięciu milimetrów. Korzystając z poziomicy, podkleiłem każdą z nich odpowiednio wysokim klockiem o przekroju zbliżonym do momentu, w którym ucięto daną nogę. Kawałki drewna przycinałem później nożykiem snycerskim oraz szlifowałem, próbując kontynuować zwężające się linie, by świeże fragmenty nie rzucały się zbytnio w oczy.

Na tym etapie skleiłem także szufladę, z której podczas demontażu wyjąłem stary zardzewiały do granic możliwości zamek. Posłużył mi on za wzór w poszukiwaniu nowego, który idealnie wskoczyłby w wycięte w jej drewnianym czole gniazdo.

Co do tego, że stoczone do granic możliwości fragmenty należało powycinać, nie miałem żadnych wątpliwości. Uznałem za bezsensowne próby nasączania ich, a w zasadzie wypełniającej je mączki żywicami, albo klejem. Po doprowadzeniu ubytków do regularnego kształtu wystarczyło je tylko zmierzyć, narysować na kawałku nowego drewna, wyciąć, przymierzyć i wkleić. Po wyschnięciu kleju zamaskowałem linie styku nowego kawałka ze starym za pomocą kitu w kolorze orzechowym.

Powoskować, PRZYBIĆ blat i…

Na upartego mógłbym już zakończyć pracę, ale postanowiłem uzupełnić nieco kolor i zabezpieczyć drewniane powierzchnie. W tym celu rozgrzałem ciemnobrązowy wosk i nałożyłem go na mebel pędzlem, by za chwilę zebrać jego nadmiar miękką bawełnianą szmatką. Nie było w tym nic skomplikowanego, ale przemyślenia wymagała kwestia związana z tym, że po nałożeniu preparatu, moje pięknie i nieregularnie spatynowane oraz zniszczone biurko nabrało równego połysku i straciło część unikatowych niedoskonałości. Zanim wosk zdążył się utwardzić… zmyłem go tu i ówdzie! W ten sposób odsłoniłem wytarcia wokół szyldu czy na kantach nóg. Miejsca te pozostawiłem surowe podobnie jak całą powierzchnię blatu. Ten przybiłem, wykorzystując stare kute (piękne!!!) gwoździe wyjęte podczas demontażu latem ubiegłego roku oraz kilka ich współcześnie wykonanych kopii. Mógłbym oczywiście pokusić się o sklejenie i wklejenie blatu, ale wtedy widziałem już, że jestem na ostatniej prostej do uratowania mebla z zachowaniem prawie wszystkich cech podkreślających jego wiek. Nawet nie wiecie, jak bardzo to wszystko zaczynało mi się podobać!

…gotowe!

Mówcie, co chcecie, ale ja naprawdę nie pomyślałbym, że uda mi się przeobrazić pozornie nadające się tylko do wyrzucenia szczątki w TAKIE biureczko! Czy to renowacja? Oceńcie sami. Mebel jest w jednym kawałku, jego konstrukcja odzyskała stabilność, drewno zabezpieczyłem przed szkodnikami, każda z nóg jest ponownie równej długości, całość pozbawiłem brudu (choć patyna została!), nowy zamek działa bez zarzutu, nowy kluczyk ozdobiłem własnoręcznie wykonanym lnianym chwostem, a wstawki ze świeżego drewna zabarwiłem tak, że zupełnie ich nie widać. Dołożyłem to, co było niezbędne, by obiekt nadawał się do użytku, pozostawiając przy tym jak najwięcej niedoskonałych detali budujących jego charakter.

Przyznaje, że trochę niepewnie podchodziłem do opisanych wyżej procesów. Myślałem, czy na pewno gra warta jest świeczki, ale mimo to z każdym kolejnym dniem robiłem krok naprzód. Dopiero podczas robienia zdjęć finałowych, które za chwilę zobaczycie, z pełnym przekonaniem powiedziałem: „to jest to!”. Mebel zestawiłem z tym, co miałem w domu, a co w dużej mierze było dotąd pochowane w kartonach: stare książki z pchlich targów, szkice, widokówki, zdjęcia… Co Wy na to?

P.

6 Comments

  • Reply
    Jol
    20 sierpnia 2019 at 11:26

    No no, wskrzesić takiego truposza… naprawdę jestem pod wrażeniem! Mozolna robota, świetny efekt, gratuluję wytrwałości i zazdroszczę umiejętności :). Ja też lubię nie tylko Twoje renowacje, ale również niemal literacki sposób, w jaki je opisujesz. Wracam co jakiś czas, by czerpać inspirację i uczyć się, bom początkująca w temacie renowacji i stylizacji.

  • Reply
    krystyna
    23 maja 2019 at 15:03

    uwielbiam Cię czytać i podpatrywać co robisz,ucząc się przy okazji.pozdrawiam

  • Reply
    Joanna Kaźmierczak
    20 maja 2019 at 19:02

    Wyszło wspaniale, extra, cudownie. Aż brak mi słów. To sa dokładnie moje klimaty. Własnie finiszuję z renowacja równie zniszczonych mebli. Usunęlam tony farby olejnej i zalalam trutka tysiace otworow po drewnojadach. Niestety zlecenie było takie, że musiałam je odnowic na tip top, wypicowac totalnie, w moim odczuciu za bardzo. Widzac Twoje poczynania z tym biurkiem mam ogromny niedosyt bo wiem, ze robiac to inaczej możnaby osiagnac cos znacznie ciekawszego. Na szczescie mam w skladziku pewien wiejski stol, który stoi tam od lat i czeka na wene. Dzieki Tobie wiem co z nim zrobie:)))))

    • Reply
      rzucpanokiem.pl
      20 maja 2019 at 21:51

      Na całe szczęście biureczko pokazane w poście nie podlegało żadnym zleceniom i wytycznym ;-) Pozdrawiam!

    Leave a Reply

    error: